Archiwum autora: tadeuszw

RĘKA

RĘKA

 

Lata szczenięce wpłynęły niejednemu z nas, jeśli już nie na stałych, to doraźnych chociaż próbach dorównania „niewidzialnej ręce”. Zrobić coś dobrego, nie przyznać się. do tego i patrzeć z boku na miłe zdziwienie, zaskoczenie starszych, którym ubyło roboty. To ci dopiero radość! Ba, zostawić tak jeszcze na miejscu całego zdarzenia, karteczkę, z napisem „niewidzialna ręka”. Nie było większej radości!

Choć trudno doprawdy o ideał postępowania piękniejszy; choć anonimowy, a więc bez oczekiwania na zapłatę, nagrodę., na głaskanie po główce – niesienie pomocy potrzebującym jest wartością godną wiecznego utrwalania, to przecież dorastanie ma niestety, to także do siebie, ze wyrastamy nie tylko z tego, co śmieszne, ale bywa, że i z tego, co szlachetne. Kiedy jesteśmy bardzo zmęczeni i nie mamy ani sił, ani ochoty na pomywanie, pranie czy inne równie „atrakcyjne” roboty domowe, myślimy czasami o niewidzialnej race, która zrobiłaby za nas to i owo. Ale gdzie tam. Choćby i zostawił brudne naczynia na rok w zlewie to prędzej grzyby na nich wyrosną niźli pojawi się kartka z napiłem „niewidzialna ręka”.

Nie wiem więc czy przypadkiem to właśnie nie spełnione marzenie o niewidzialnej ręce sprawia, że coraz częściej i w coraz liczniejszych miejscach dostrzegam ślady ręki, która jest właśnie niewidzialna. Z tamtą autentyczną tyle ma wspólnego, co i nic. Nazwa ostała się tylko. Ale fakt to także, iż jest niewidzialna. Łatwo dostrzegalne są natomiast efekty jej w naszej rzeczywistości funkcjonowania.

Choćby u fryzjera.

O płci pięknej wiadomo tyle, te każda jej przedstawicielka niepowtarzalnym jest dla nas cudem przyrody. Wszelako reprezentantki tej płci lubią – świadome ułomności męskich – niepowtarzalność swoją jeszcze podkreślać a to strojem, a to dodatkami lub fryzurą dla odmiany. Ponoć nie ma też większego dla kobiety nieszczęścia, jak spotkać inną kobietę w takiej samej sukience, identycznej fryzurze z identycznymi dodatkami. Kobieta wie też sama najlepiej ile ścierpieć potrafi, aby odmienność swą, niepowtarzalność, jedyność – należycie podkreślić, uwypuklić. Wysiadują więc panie u fryzjerów. Rzecz to wcale nienowa. Nowa jest natomiast trwała – komputerowa. Nowe są też zwyczaje. Otóż, paniom przed taką trwałą, przed strzyżeniem jeszcze pokazuje się teraz katalogi rodem z Zachodu. Same w nich damskie głowy, a każda inna, niepowtarzalna. Panie siedzą, głowy łamią, którą też wybrać.

Potem, jak to u fryzjera: strzyżenie, mycie lub mycie, strzyżenie i …trwała komputerowa. Choć każda z pań opuszczających czy to baraczek we Wrzeszczu czy podobny przytułek fryzjerskiego fachu na Przymorzu czy innej dzielnicy Gdańska, odmienną fryzurę wybrała – to nosi na głowie identycznie to samo. Tył długi, na kark zachodzący, przód krócej znacznie ścięty, jakby trochę, zawadiacko, na sztorc postawiony. Całość mocno skudlona. Tylko kolory inne, a tak cała reszta – ceny nawet (w granicach dwóch półlitrówek) te same. I chociaż wiesz, że to wręcz niemożliwe, że nieprawdopodobne, trudno przecież oprzeć ci się, wrażeniu, że za fryzurami tych pań kryje się jedna i ta sama… niewidzialna ręka.

Ale co tam u fryzjera… Ta sama przecież niewidzialna raka wszystko, co tylko można przeciera u nas brudną ścierą. Trze nią po oknach i blatach stolików w miejscach publicznych, po wagonach kolejowych itd. Gdzie ścierą nie sięgnie, gdyż za wysoko, tam szarą farbą chlapnie, albo szaroburą, dla odmiany i urozmaicenia. I choćby tak nie było to odnieść można wrażenie, że za tym brudem, za szarością, naszych domów, za monotonią, nijakością, której wcale nie tak mało – kryje się ta sama, niewidzialna ręka.

Nie tylko tam.

Są sprawy tak oczywiste, jak ta, że matka kocha swe dziecko, a ono troszczy się o los starych rodziców. Jeśli ktoś temu się dziwi, to albo on, albo świat zwariował. Taką sprawą – oczywistą właśnie – jest obrona człowieka przed niesprawiedliwością., jest nią konieczność likwidacji lub unieszkodliwienia kominów plujących rakotwórczymi substancjami wprost w okno wielkiego osiedla. Jest u nas takich spraw – oczywistych – bez liku. Spróbuj jednak tylko wziąć się za jedną choćby z nich. Rzadko kiedy usłyszysz, że to, czemu poświęciłeś czas, pozbawione jest racji. Każdy ci ją przyzna. Ale pożytek będzie z tego żaden. Komin stać będzie nadal, człowiek cierpieć, wszyscy będą współczuć, ale niczego nie będzie można zmienić; z tysiąca różnych powodów tak bliskich sobie w naszej wobec nich niemożności, że znów, zdawać ci się będzie, iż masz do czynienia wciąż z tą samą, cholerną, niewidzialną ręką.

I choćbyś bardzo nawet nie chciał, choćbyś próbował uwolnić się od tej obsesji, to odnosić przecież będziesz wrażenie, że za wieloma drobiazgami, ale także sprawami wielkiej wagi, za tymi, które nas denerwują, irytują, obrażają i doprowadzają do białej gorączki, kryje się ta sama, niewidzialna, nie dająca się schwytać na gorącym uczynku, ręka.

Nie jest ona z pewnością spełnieniem na-szych marzeń z dzieciństwa. Raczej ich karykaturą. Ale w myśl zasady, że „na bezrybiu i rak ryba” przywykliśmy do niej, jak do butów zbyt ciasnych, jak do żony zbyt gadatliwej i do męża, który „pociąga”. Stać nas przede wszystkim na to, aby sobie raz na jakiś czas …trochę ponarzekać. Choć i za tym – według tu i ówdzie dających się zasłyszeć opinii – też kryje się czyjaś (opinie podzielone są czyja) ręka…

 

Dziennik Bałtycki, 249 (12773) 24 października 1986

Tadeusz Wojewódzki

 

ROZWODY

ROZWODY

 

Mówią, że pamięć “dobra”, to pamięć krótka. Ale co mi z tej dobrej w sumie pamię­ci, skoro jest w niej i tak zbyt wiele, by żyć spokojnie, bez natarczywych pytań, bez myśli smutnych i po­nurych, jak jesienne wieczory. Jest przecież w tej pamięci miejsce wypełnione ludźmi, któ­rzy żyją wprawdzie, ale których nie ma. Jeszcze rok temu bawiliście się razem na sylwe­stra. Z inną parą spotykaliście się raz na jakiś czas. Ostatnio widzieliście ich pól ro­ku temu. Teraz żyją wprawdzie, ale już nigdy nie przyjdą do was razem. Być mo­że po jakimś czasie ona zjawi się z nowym panem, a on z nową panią. Będą cali w skowronkach, pełni oczekiwania co też wy na temat tych nowych nabytków powiecie. Ale bada to już inni w sumie lu­dzie. I choć nie można mieć do nich o to żalu, że układają sobie życie po swojemu, to przecież żal, że zabrali nie tylko sobie, ale i nam coś tak ulotnego, a konkretnego zarazem, jak owe wspomnienia związane z nimi, jako parą, małżeństwem, które ży­ło wprawdzie obok nas, ale stanowiło prze­cież cząstkę także i naszego życia.

Nie oni pierwsi i nie oni ostatni. W ogó­le łatwo jest teraz odnieść wrażenie, że rozwiązał się worek z rozwodami. Jedni są już szczęśliwie po, inni latają, jak kot z pęcherzem i są w trakcie, a reszta spra­wia wrażenie, jakby miała to uczynić w najbliższym czasie. Chcesz więc czy nie chcesz – z rozwodami masz do czynienia na co dzień. Człowiek woli oglądać śluby. Wówczas wszyscy są tacy szczęśliwi, uśmiechnięci, jakby nie wiadomo co się stało. Choć w sumie nie stało się jeszcze nic. Bo tak naprawdę dziać się zaczyna dużo póź­niej. Kiedy marzenia stają nos w nos z realiami, a codzienność wciska się w życie bez specjalnej zachęty i przyzwolenia. Kie­ry ciężar obowiązków zaczyna być zbyt wielki, by nieść go z uśmiechem i radoś­cią, albo staje się piłeczką przerzucaną ze strony na stronę, jak rozżarzone węgle. Kiedy wreszcie wszystkim żal jej i jego oddzielnie, a nie ma kto żałować tego, co między nimi było lub być mogło dobrego, trwałego, na dobre i na złe.

Kiedy się pobierali ludzie nic tylko o tym mówili jaka też to ładna para – jak­by to było najważniejsze. Kiedy się rozwo­dzą – ludzie nie mówią o niczym innym tylko kto jest winny, jakby winę ową wy­mierzyć można było centymetrem i jakby jej orzeczenie wpływ na cokolwiek miało. I aż ciśnie się w oczy podobieństwo między czasem narzeczeńskim, a przedrozwodowym, gdyż przedtem latali, jak z pieprzem, tyle, że za sobą i żyć bez siebie nie mo­gli, a teraz też tak samo latają, tylko przeciwko sobie i żyć ze sobą dalej ani rusz nie mogą.

Każdy, kto przeszedł przez owo piekło udowadniania braku wartości człowieka którego wybrał kiedyś jako najbardziej wartościowego, kto słyszał z ust składają­cych kiedyś obietnice miłości i wierności słowa takie, jakie paść muszą na rozprawie rozwodowej musi być potem i jest fak­tycznie człowiekiem w jakiś sposób okale­czonym, uboższym, innym. Nieszczęścia ludzkie, choć są nieporównywalne, różny wszakże posiadają wymiar. Rozwód, choć coraz powszechniejszy, niejako codzienny już fragment naszego życia, jest również nieszczęściem, którego skali nie potrafimy zbyt często realnie ocenić. Nie tylko dlate­go, że dzieci, że mieszkanie, że dywan czy telewizor kolorowy do cięcia na pół. Prze­de wszystkim dlatego, że wielu z nas po­zostaje w przekonaniu doznanych krzywd i nieuświadomionej obojętności na drugie­go człowieka, w bezkrytycznym egoizmie, który nigdy nie pozwoli nam zaznać pra­wdziwego szczęścia.

Bez względu na to, że prawda owa trącić będzie po trosze mentorską, po trosze ka­znodziejską nutą, powiedzmy ją sobie, bo­śmy wszyscy szczęścia spragnieni: kto nie zrozumiał, nie pojął i nie nauczył się, że szczęście to umiejętność przede wszystkim dawania z siebie, a nie brania, ten nie bę­dzie w stanie stworzyć nie tylko z tym człowiekiem od którego odchodzi, ale z żadnym innym – niczego trwałego, war­tościowego, dobrego.

Dziennik Bałtycki, 251 (12493) 22 listopada 1985

 

Tadeusz Wojewódzki

KOSZTY

KOSZTY

 

Ile razy słyszę, że ktoś tam zasiada do cierpnie mi na kosztów, tyle razy skóra cierpnie mi na grzbiecie. Wszak zaraz wyobrażam sobie rezultat owego “zasiadania” w postaci kolejnej podwyżki cen, reglamentacja lub czegoś w tym rodzaju. Inni – mniej tchórzliwi – zasiadają, obliczają i twierdzą, że diabeł wcale nie taki straszny, jak go malują. Prócz odwagi to jeszcze “zasiadających” łączy, że bez względu na urodzaj używanego przez nich liczydła (prywatnego czy państwowego) uzyskują, takie same, bez mała, rezultaty. Otóż wychodzi im na to, że u nas nic i nikomu absolutnie nie opłaca się: rolnikowi – rolnictwo, rzemieślnikowi – rzemiosło, handlowcom – handel itd. Albo więc teraz rachunki jakieś takie, że już inaczej ani rusz wyjść w nich nie może, albo faktycznie jest tak, że wszyscy wszystkim wszystko robią za frajer. W każdym razie mają często, takie właśnie miny i sprawiają takie też wrażenie. Jak to jest w końcu jeszcze nie za bardzo wiadomo. Widać natomiast dookoła, że na razie ludzie zakasują rękawy i coraz częściej zaczynają liczyć koszty. Świat oglądany zza liczydeł wygląda niby tak samo, a przecież trochę, jakby inaczej. To, czego ceny nie znaliśmy jeszcze wczoraj, dzisiaj zapisane jest w naszej pamięci łącznie z ostatnią, niewiadomego zresztą pochodzenia, podwyżką. To, co  przedtem było darowane, teraz sprzedawane jest normalnie i najchętniej bez udzielania jakichkolwiek kredytów. To, co wydawało się nie mieścić w pojęciu ceny teraz przeliczane jest na nasze, zwyczajne złotówki. Rośnie też przekonanie, że to, co faktycznie u nas rośnie bez przerwy i bez widocznego końca – to koszty. No więc się je oblicza, oblicza i jeszcze raz oblicza.

Nie pawiem więc, żebym się specjalnie zdziwił, kiedy znajoma szczerym, jak tlę zdaje, wyznaniem obwieściła, iż skończyła właśnie obliczanie kosztów uśmiechu jej męża do “jakiejś tam, pierwszej lepszej baby” i jest wyliczoną wielkością tak wstrząśnięta, że miejsca sobie znaleźć od tej pory nie może. Wyszło wszakże na to, że ów jeden uśmiech kosztował prawie trzydzieści tysięcy. Niewiele jest cen, które są jeszcze w stanie faktycznie zdziwić nas szczerze lub zaskoczyć bez reszty. Ale taka sumka za jeden uśmiech wywarła i na mnie solidne wrażenie. Jak do tego doszło? Po prostu i całkiem zwyczajnie: rzucili do sklepu winogrona, więc on poszedł i odstał swoje. Potem tak go od tego stania serce łupać zaczęło, że je zaczął winogronkami, co to niby dla dzieci wystane, reperować, wzmacniać. Ale żeby to, jak człowiek jadł, a ten dosłownie żarł, no i pech chciał, że pestka mu między zęby przednie wlazła, druga, pomogła i ząb diabli wzięli. A że dwa miał takie, szczególnie dobrze widoczne i sterczące troszkę jak u bobra, więc chłop zamknął się w sobie, pić wprawdzie nie pił, ale i nie jadł, tylko siedział ponury, jak jesienny dzień i przeżywał ową stratę. Widzieli ową odmianę wszyscy, więc jak się jakiś znajomy po drodze napatoczył, to zaraz nie o jej zdrowie wypytywał tylko o to, co też się szanownemu małżonkowi stało, że taki teraz markotny, że ponury, że do nikogo gęby otworzyć nie chce i wygląda tak, jakby do ust nabrał wody. Pytali ją z takim wyrzutem w oczach, że już dłużej tego znieść nie mogła. Pozbyła się więc naprędce któregoś ze swych rodowych klejnotów, dziada za frak i do protetyka poszli. Po tygodniu miejsce rażącego ubytku zajął ząb i “stary” powrócił do normy. Znajomi przestali wypytywać, stracili z oczu ten wyraz wyrzutu, a ona poniosła koszty, które w całej swej rozciągłości zalegały jej odtąd wątrobę i ciężaru których ładną miarą pozbyć się nie mogła, Nawet tak szczere wyznanie prawdy, jak w rozmowie ze mną, niewielką tylko ulgę przynieść jej zdołało.

I kto wie, jak skończyłaby się rzecz cała, gdyby nie pomysł prosty, jaki przyszedł jej potem do głowy, a z kosztami właśnie związany bezpośrednio. Otóż, znajoma owa rada w radę ustaliła wspólnie z przyjaciółkami swymi, że mężulkowi przypiąć należy w klapę marynarki taką niby to karteczkę, niby to wizytóweczkę w treści twej powściągliwą lecz informującą płeć piękną stanowczo bardzo, iż uśmiech pana noszącego tę wizytóweczkę kosztuje średnio tyle co, a tyle, co wyliczono na podstawie społecznie zaakceptowanej kalkulacji. Ona to bierze pod uwagę kwotę wyłożoną jednorazowo przez żonę tegoż pana, a traktowaną jako zwrotny wkład w słuszne skądinąd dzieło podwyższania kultury naszych wzajemnych stosunków i kontaktów, zwłaszcza między osobnikami płci odmiennej. Dzieląc kwotę ową przez liczbę dni w roku doliczając koszty własne, marże, oraz innych jeszcze punktów kilkanaście, charakterystycznych dla wszelkich innych kalkulacji, ustala ostatecznie za ów uśmiech kwotę złotych trzysta i piętnaście, co należy też bezzwłocznie uiścić wkładając sumę całą do górnej, zewnętrznej kieszeni marynarki pana raczącego uśmiechem niniejszym.

Z tego, co mi wiadomo żona odzyskała stan absolutnej równowagi, mąż uśmiecha się wcale nie tak rzadko, żadna z kobiet nie wpłaciła – jak dotychczas – nawet pięciu groszy i wszyscy są bardzo zadowoleni.

Dziennik Bałtycki, 254 (12189) 26 października 1984

 

Tadeusz Wojewódzki

SZANSA

SZANSA

 

Pomimo naszej narodowej ponoć skłonności do komplikowania sobie życia – codzienności naszej nie komplikują z całą pewnością pytania o sens i cel życia ostateczny, najważniejszy. Pytamy więc wprawdzie sami siebie o to, jak żyjemy i sądzimy, że zwyczajnie – od pierwszego do pierwszego; pytamy też po co – mniemając, że dla dzieci, gdyż one są najważniejsze. Poza tym odczuwamy na co dzień sens przemijania dostrzegając nagle zmarszczki na własnej twarzy i sądząc, że czas zaraz po pierwszym goni, jak szalony, a po dwudziestym lezie, jak żółw – do pierwszego. Widujemy też własne marzenia, które niczym karawana odjeżdżają w siną dal i tym są dla nas mniejszą realnością, im więcej kartek zrywamy z kalendarza. I żyjemy normalnie, jak wszyscy. Jedni próbują brać życie za – jak to mawiają – pysk, a inni wożąc się po nim między nadzieją, że jakoś to tam będzie i pesymistycznym suflerem zrzędzącym, że będzie z roku na rok gorzej. I tak już chyba być musi. Życie w sumie jest zbyt proste by filozofować w nim na co dzień, włos dzielić na czworo – jedną ręką mieszając przypalającą się kaszankę, by z drugiej nie wypuścić zdobytej nie bez trudu gazety z programem na cały tydzień.

Są jednak i w tej codzienności dni zupełnie inne kiedy myślisz więcej i głębiej niż wymaga tego od ciebie dzień powszedni. Jaki jest właśnie dzień w którym wszyscy idziemy na groby.

Nie tylko dlatego, że pomyślisz w tym dniu o swoich najbliższych, którzy odeszli. Że wspominać będziesz wspólnie z nimi spędzane chwile, dni szczęśliwe, radosne, jak większość z tych, które wybiera dla nas nasza litościwa pomiąć. Także i nie dlatego, że rozrzewnisz się, rozczulisz przy tej okazji nad sobą – zaskoczony oczywistą myślą o tym, że i ty odejść będziesz musiał. Może już niedługo, może wkrótce nie pogodzony z własnym losem, z tym na co jeszcze czekałeś, czego się od życia spodziewałeś, z ostatnim i być może dlatego właśnie największym rozczarowaniem. Jakże często mówiąc o śmierci innych, płaczemy i współczujemy nie tym, którzy odeszli lecz… sobie.

W dzień taki jak ten właśnie, kiedy tłumnie podążamy na groby – w pociągach, na jezdniach i chodnikach ciaśniej jest niż zazwyczaj i dlatego odczujesz ciężar niejednego rodaka na własnym, jak zwykłeś mawiać – ślubnym – odcisku. Niejeden łokieć przeliczy ci żebra, namaca żołądek, ba, nawet obolałą wątrobę. Odnosić będziesz więc takie wrażenie, że jest nas cholernie dużo i mało tego, że jesteśmy tak liczni, to jeszcze bezczelni. Choćby to babsko wypasione z dwoma chryzantemami, zajmujące pól chodnika i człapiące noga za nogą. Wyminąć takiej nie ma jak, a przestawić tym bardziej, gdyż za ciężka. Albo dla odmiany ten „skarpeciarz”, który wepchnął się połatanym gratem akurat przed sam nos twojego nowiutkiego „malucha” lub, nie daj Boże, dolarowego nabytku. Kiedy będzie cię nachodziła myśl, aby tego rachmistrza ciekawego ilości twoich żeber, dusiciela twojej wątroby, depczącego po odciskach, wpychającego się gratem pod sam nos lub też ową nadmiernie roztyłą jejmość wdusić w ziemię, w pył obrócić lub uczynić coś równie niecnego, to pomyśl zanim krew cię zaleje, że z tymi, nawet z tymi ludźmi, łączy cię zbyt wiele, by im źle życzyć, skakać do oczu, by traktować jak obiekt agresji. Przecież dzień taki jak ten właśnie, najlepszą jest także i dla ciebie okazją, by uświadomić sobie, że cały ten podążający wraz z tobą tłum, wszyscy ci dźwigający chryzantemy, siatki i torby z tym, co do odświeżenia grobów ich najbliższych potrzebne, że wszyscy oni i ty także – za lat kilkadziesiąt, za owych przysłowiowych lat sto iść już tutaj nie będziecie. Choćbyś tego nie wiem jak bardzo pragnął, jako mocno chciał. Że ten świat, w którym obecnie żyjesz, świat z ludźmi których kochasz, ale także i z tymi, którzy doprowadzają cię do szewskiej pasji, jest czymś niepowtarzalnym, danym ci teraz i raz tylko. Bez względu więc na to jaki ów świat taktycznie jest zrozum, iż jest on z tego choćby tylko powodu wart tego, by go choć trochę lubić.

Nie ma się co obawiać, że myśli takie, jak ta – trącą infantylizmem, że zbyt są naiwne, jak na dorosłego człowieka. Cóż innego przekazaliby nam ci wszyscy, których w dniu owym odwiedzamy, a których wiedza, mądrość życiowa dostępne są nam tylko na tyle, na ile trafnie potrafimy dzisiaj ocenić ich życie i wyciągnąć z tego, co czynili wnioski dla siebie? A jakież inne mogą one być? Najważniejsze prawdy o życiu są chyba tak, jak i inne z prawd o naszym świecie, nadzwyczaj proste, nieomal oczywiste. Cała mądrość człowieka polega natomiast na tym, aby w porę je dostrzec, zrozumieć ich wartość i umieć zaakceptować we własnym życiu.

Dzień w którym idziemy wszyscy na groby różni się od pozostałych tym właśnie, iż jesteśmy wówczas bardziej refleksyjnie nastawieni do życia. W tym też sensie dzień ów szansą jest dla nas, by zrozumieć jak wiele łączy nas z innymi, teraz żyjącymi ludźmi. Ze świadomością tej prawdy żyje się po prostu łatwiej.

Dziennik Bałtycki, 255 (12779) 31 pażdzernik, 1, 2 listopad 1986

 

Tadeusz Wojewódzki

 

PYTANIA

PYTANIA

 

Naszą codzienność wypełniają pytania oczywiste: o to, jak załatwić rzeczy potrzebne do przetrwania zimny, co wykombinować na jutrzejszy obiad, czy też o to skąd zdobyć pieniądze do pierwszego. Szarzyzna tej codzienności, realność i konkretność stawianych przez, nią problemów – odsuwają w cień pozornie zbędnej teoretyczności szereg pytań takich, jak chociażby o granicę między dobrem i złem, o realny wymiar człowieczeństwa, o sens i bezsens naszej egzystencji.

Dopiero zdarzenie brutalne, budzące w nas zgrozę, odrazę czy gwałtowny protest stawiają przed nami właśnie tego typu pytonie. Stawiają je z natarczywością nie znoszącą sprzeciwu, z dręczącą wręcz potrzebą uzyskania natychmiastowej odpowiedzi. Tak właśnie jest w przypadku śmierci ofiary nie zawinionej, zadanej z bestialską beztroską i bezmyślnością właściwą jedynie przedmiotom, rzadziej zwierzętom, ale nigdy chyba normalnym, ludzkim istotom. A taki przecież charakter miała śmierć 36-letniego mieszkańca Zaspy zakatowanego przez grupę kilkunastoletnich chłopaków. Śmierć w środku miasta, kilkaset metrów od domu. Śmierć tak zadana i w takich okolicznościach, iż wydaje się być bardziej fikcyjną tylko sceną z makabrycznego filmu, niż zatrzymanym raz na zawsze kadrem z życia człowieka, którego los zetknął z dzieciakami-mordercami.

Podstawowe jest pytanie o to, jak możliwe było, aby ludzie żyjący wśród nas, a więc w sumie tacy, jak i my, boć nie profesjonalni, nie płatni mordercy, ani też nie recydywiści – mogli uczynić coś równie makabrycznego. Część z nas zadawała sobie nawet głośno pytanie o to, gdzie byli rodzice i wychowawcy. Szukając odpowiedzi na to pytanie powiedzieć można, że byli tam, gdzie zdecydowana większość z nas. Wszak o naszych pociechach zwykliśmy mówić, że pracujemy, tyramy dla nich, że dla nich poświęcamy się, że to dla nich stoimy całymi godzinami w kolejkach itd. I dużo jest w tym prawdy. Ale też prawdą jest, że dla naszych dzieci wolnego czasu pozostaje nam bardzo niewiele, tyle, co i nic. Język codziennych naszych z nimi rozmów najlepszym jest tego dowodem, boć nie bez kozery najczęściej pojawiają się w nim zwroty typu: „nie przeszkadzaj”, „daj mi wreszcie święty spokój”, „zejdź z głowy” itd. Dla naszych dzieci po prostu nie mamy czasu gotując dla nich zarabiając, piorąc czy stojąc w kolejkach – też dla nich.

Ów brak nie jest jeszcze złem samym przez się. Problem tkwi jednak w tym, iż cały nieomal sens przekazywania naszym pociechom wszelkich odcieni dobra i zła, a więc tego, co jest fundamentem ludzkiego postępowania, dość skutecznie sprowadziliśmy, wskutek owego braku czasu, do sfery higieniczno-technicznej. A więc: złem jest wkładanie brudnych paluchów do ust, bieganie po śniegu bez rękawiczek oraz wiele innych, tego typu „występków”. W tym higieniczno-technicznym światku nie za bardzo wiadomo kim jest drugi człowiek, ów kolega z podwórka czy ze szkoły. Jakżeż często na naszych podwórkach dzieci piorą się indywidualnie i całymi grupami. Duzi okładają małych, grubi – chudych, czterech tłucze jednego lub ten jeden ucieka przed całą zgrają.

Od najmłodszych lat, już nawet ci z piaskownicy, dobrze wiedzą, że na podwórku należy się strzec starszych i silniejszych, bo zabierają i niszczą zabawki, bo kopią nie patrząc gdzie i wolą kułakiem w twarz, bo mogą poszczuć psem lub zabrać pieniądze. Mogą też strzelać z procy lub saletry w nakrętkach od butelek. Mogą i robią to! Robią to na oczach dorosłych! Ci nie wtrącają się z reguły do tego typu spraw traktując to wszystko, jako niewinne dzieciaczków igraszki. Boć są to przecież tylko dzieci. O tym jednak, jak bardzo bezwzględne i okrutne potrafią być te dzieci i wyrostki, jak bardzo obojętni na to okrucieństwo potrafią być dorośli wiedzą te spośród dzieci, na które namówiła się grupka prześladująca malucha na każdym kroku. Jak bardzo bezbronne są w tej sytuacji dzieci, jak bardzo bezradne wiedzą tylko one, ale też one wiedzą, jak bardzo w czynieniu innym krzywdy można być bezkarnym.

Jeżeli ktoś będzie doszukiwał się przesady w takim obrazie naszej rzeczywistości, to proponuję przypomnieć sobie kiedy to po raz ostatni i jak często zdarzało się widzieć dorosłych rozdzielających bijących się maluchów lub też dorosłych tłumaczących tym małym, że twarz innego człowieka to nietykalne miejsce, że bicie słabszych to podłość, że podnoszenie ręki na drugiego człowieka nie mieści się w naszym rozumieniu człowieczeństwa. O ileż częściej dzieci słyszą w naszych domach, że sąsiedzi są głupi, że to chamy, że nauczyciele to idioci, szefowie mamy i taty to kretyni, a dookoła sami tylko złodzieje. Nawet krewni – te zbuntowane chamy. I jak tu potem takich tolerować, nie mówiąc już o szacunku.

Czy ów czas, którego wciąż brakuje nam dla własnych dzieci, czy fakt, że zapomnieliśmy w rozmowach z nimi o takich sprawach, jak dobro i zło, godność i podłość, czy nasza obojętność wobec prawdziwych tragedii rozgrywających się w świecie maluchów, czy to, że zabraliśmy im mniej czy bardziej świadomie, ale za to bardzo skutecznie wiele autorytetów, nie dając w zamian niczego – czy to właśnie przyczyną jest tragedii, jaka rozegrała się na Zaspie? Nie wiem. Ale głęboko przekonany jestem o tym, że gdzieś tutaj właśnie; w tak wyznaczonym kręgu tkwią pytania, na które odpowiedzieć musi sobie wielu spośród nas. Gdzieś tutaj znajdują się pytania, których obecność w codziennym naszym życiu szansą jest uniknięcia kolejnych, równie makabrycznych zdarzeń. Jest także szansą życia w uzasadnionym przekonaniu o własnym braku winy za tragedie, które rozgrywają się wokół nas.

Dziennik Bałtycki, 259 (12194) 2 listopada 1984

 

Tadeusz Wojewódzki

 

PODSTAWA

PODSTAWA

Być może imponująca liczba ukazujących się od kilku już lat zarządzeń, ustaw i tego wszystkiego, co laikowi kojarzyć się zwykło z przepisami, a być może, że towarzyszący tej intensywnej działalności duch – sprawia, iż coraz bliższy wydaje mi się moment, w którym ukaże się stosowne zarządzenie nakazujące wszystkim, bez względu na wiek i płeć oraz pochodzenie społeczne, kulturalne zachowanie się zarówno w miejscach publicznych, jak i poza nimi.

Zapowiedzi tego wydarzenia szukać można zapewne w regulacjach prawnych zachowań urzędników państwowych względem obywatela – petenta. Jeśli doliczyć do tego różne kodeksy, w tym także ucznia oraz próby tworzenia etycznych ich odpowiedników w zawodach najmniej płatnych, a za to najbardziej moralnie przed społeczeństwem odpowiedzialniej, to od .stwierdzenia, iż pierwsza jaskółka wiosny nie czyni ważniejsze wyda się to, że owa pierwsza wiosnę zapowiada.

Zanim jednak powstaną regulacje prawne sprzedawcy państwowego i prywatnego, fryzjera damskiego i męskiego, krawca, określające zasady kulturalnego zachowania się tychże, stwierdzić z niejaką żenadą wypada, że chamstwo rozpasało się u nas nie lada, dzieląc się swoją władzą chyba już tylko z brudem, I choć to dziedziny jakby zupełnie względem siebie różne i niezależne, to łączy je przecież nasza wobec nich – bezradność.

Z jednej bowiem strony nic tak, jak chamstwo właśnie nie denerwuje, mało też rzeczy krew psuje równie skutecznie i tak systematycznie. Ponadto zabija dobry nastrój, pozbawia pogody ducha i czyni z człowieka coś na wzór kapcia znoszonego daleko poza granice przyzwoitości, .skopanego i zmiętoszonego. Nic też równie skutecznie, jak wszechobecne chamstwo nie pozbawia człowieka poczucia własnej wartości, nie odbiera poczucia bezpieczeństwa i pewności czegokolwiek, a już szczególnie swoich praw. Z drugiej jednak strony ze wszystkich grzechów głównych, z którymi zetknąć się można, a więc wśród łapówkarstwa, oszustwa, kradzieży i różnych kombinacji – chamstwo – jako obiekt naszych pretensji, jako przedmiot oskarżeń i powątpiewań w przydatność i kompetencje różnych ludzi traktowane jest jako niewinna nieomal igraszka. Wobec chamstwa pozostaje więc praktycznie bezradność.

Znawcy tematu twierdzą, że nie ma na świecie niczego gorszego, niż rozwścieczony, zacietrzewiony cham, posiadający przy tym odrobinę władzy. Choćby i za groszy parę. Akurat tyle, by nie sprzedać, nie załatwić, nie poinformować, nie dać – by postawić na swoim. Zalecają więc, aby z chamem obchodzić się tak, jak z niebezpiecznym zwierzakiem – ostrożnie, delikatnie i tylko dobrocią. W przyjęciu takiej taktyki tkwi zapewne głęboka prawda o życiu oraz doświadczenia tych, którzy stracili nerwy, a nie poskromili tego, z czym. Walczyli. Zapewne gorzka rezygnacja. Ale tu tkwi także wyjaśnienie wielu zachowań zupełnie niezrozumiałych: że wdzięczymy się i umizgujemy do ludzi strasznych, wręcz odrażających w swym chamstwie, że uniżoność, wyrazy szacunku i wdzięczności trafiają się tam, gdzie wystarczyłaby w zupełności normalna uprzejmość.

Już nie z faktu dobrego wychowania lecz najzwyklejszego współczucia nie należy pytać nas o to jak się w roli wykonawców takiej taktyki czujemy, ile się przy tym rodzi w nas goryczy, ile niewysłowionego poczucia krzywdy, niesprawiedliwości, pretensji i wyrzutów.

Fakt, iż chamstwo takie ma u nas wzięcie wyjaśnić można na wiele różnych sposobów. Dwa z nich tę mają przewagę nad pozostałymi, że dokładniej określają, nie tylko źródła, ale nadto realność naszych szans pozbycia się tej narodowej plagi.

Pierwsze zwraca uwagę na to, że chamstwo – jak wszystko w świecie – rozwijać się tam tylko może, gdzie ma ku temu stworzone odpowiednie warunki. Wyobraźmy sobie – dla przykładu – chama za kierownicą podmiejskiego autobusu. Robi taki z pasażerami co chce, rządzi i dzieli. Co praktycznie grozi mu za chamskie zachowanie się w stosunku do pasażerów, za pomiatanie nimi? Co grozi mu ze strony kierownictwa, które najbardziej obrywa i cierpi z jednego przede wszystkim powodu: braku kierowców? Gdyby nawet napisano mu w aktach, że jest chamem, to co, nie dostanie pracy?. Cham czuje się więc bezkarny i ma warunki do tego, aby czuć się bezkarnym właśnie.

Druga sprawa – to kultura osobista człowieka. Chamstwa można się wprawdzie nauczyć. Uczą go dorosłych już inni dorośli ludzie. Funkcjonuje ono jako styl bycia; także, jako swoista maniera. Do chamstwa przekonują pozorne jego zwycięstwa nad kulturą osobistą i takież chama przekonanie, że on zawsze jest górą. Ale prawda też jest i taka że kultura osobista wyniesiona z rodzinnego domu, to podstawa na całe życie. Od tego na ile jest ona silna, jednoznaczna w określaniu tego, co można a czego nie, zależą realne podstawy egzystencji chamstwa.

O to, jakie są u nas jego w najbliższych czasach perspektywy – trzeba pytać w każdym domu oddzielnie.

Dziennik Bałtycki, 266 (12790) 14 listopad 1986

Tadeusz Wojewódzki

 

 

„ZIELONE”

„ZIELONE"

 

W przeciwieństwie do wszystkiego i do wszystkich, którym żyje się nie najlepiej lub po prostu źle, o absurdach powiedzieć można, że czują się u nas niczym przysłowiowe ryby w wodzie. Dzięki dobremu samopoczuciu ich twórców oraz serdecznemu, bezinteresownemu i trwałemu do nich przywiązaniu, płodzą się owe absurdy i rodzą ponad wszelką w tym względzie potrzebę a także ludzką na nim wytrzymałość. Pesymiści twierdzą więc, że absurd będzie już wkrótce obowiązującą nas normą. Optymiści utrzymują, że to tylko taki kulturowy dziwoląg, nasz rodzimy folklor i nic nadto. Cała zaś reszta nic nie twierdzi, tylko milczkiem owe absurdy płodzi.

W absurdzie najbardziej zatrważające jest obecnie to, że przestaje on być w naszych oczach absurdem. Ba, coraz częściej witamy toto z otwartymi ramionami oraz tryskającymi promienistym uśmiechem licami. O tym, że jest właśnie tak przekonałem się już po raz wtóry oglądając ze zdumieniem nie mającym równego sobie, tłumy całe w okolicach „Olivii” ciągnące w różnych kierunkach, ale przeważnie na stację pobliskiej kolejki elektrycznej. Ci radośni ludzie na uginających się, pod ciężarem jabłek, poszatkowanej kapusty i czegoś tam jeszcze – nogach, z ramionami opuszczonymi od ciężarów wyrywających ręce ze stawów, podążali z plonami „zielonej” imprezy.

Wkrótce też przekonałem się, że ci uszczęśliwieni powracali z potężnej hali, gdzie sprzedawano owoce, poszatkowaną kapustę, miód z kanki (krojony), przecier pomidorowy i coś tam jeszcze. Najwięcej było jednak łudzi sterczących w kolejkach o imponujących wręcz rozmiarach, stosownie do wielkości hali oraz rozmachu całej imprezy.

Poczułem się tutaj. jak w królestwie absurdu.

Jest przecież dzień wolny od pracy, od codzienności wyznaczonej nie kończącym się sterczeniem w kolejkach, a to mięsnych, a to nabiałowych, a to warzywno-owocowych, żeby już nie wspomnieć o sezonowych, obuwniczo-odzieżowych. Cóż więc – u licha – robią wszyscy ci ludzie spędzający dzień wolny od pracy nie na rekreacji fizycznej i psychicznej lecz znów w kolejkach i to tak gigantycznych? Ano, zażywają „zielonej” wolnej soboty.

Ideą tej imprezy miało być zapewne ułatwienie zakupów zmordowanym codzienną bieganiną ludziom. I tak dla tych, którzy lubują się w kiszeniu własnej, a więc smacznej kapusty, wielkim ułatwieniem jest z pewnością stworzenie szansy zakupu już poszatkowanych główek. Jeżeli jednak szansy owej nie sprowadzać do absurdu,  to trzeba by to wszystko zorganizować, aby czas samego choćby tylko zakupu nie przekraczał czasu potrzebnego na szatkowanie tejże kapusty w domu.

Tutaj sterczy się jednak w kolejce oglądając szatkujących i upychających kapustę w duże, plastykowe worki, a więc ogląda się to, co powinno być zrobione dużo wcześniej, przed pojawieniem się kupujących.

Powie ktoś, że się czepiam, bo przecież ludzie stoją, a skoro stoją, to znaczy, że się im opłaca. O co więc w sumie chodzi? Oczywiście – szatkowanie kilkudziesięciu kilogramów kuchennym nożem jest benedyktyńskim zajęciem mogącym sen spędzić z powiek i to najbardziej cierpliwym nawet z nas. Rzecz jednak w tym, że absurdem jest takie kapusty szatkowanie bądź co bądź w sercu nieomal Europy i bądź co bądź u schyłku XX wieku, że absurdem jest i to, że ludziom opłaca się sterczeć w tak dużych kolejkach, że wreszcie absurdem są imprezy tak właśnie przygotowane, iż karkołomne kolejki są ich nieodłącznym elementem. Absurdem jest także powoływanie się na obecność tych kolejek jako dowód, świadectwo udanej imprezy. Jeśli się tego nie pojmuje, to radzę następujący eksperyment: ograniczmy sprzedał chleba w miejscach ich dotychczasowej sprzedaży i organizujmy takie „chlebowe” imprezy, na wzór „zielonych”, a przekonamy się rychło, jak wielkie będą one miały powodzenie. Tak więc kolejki owe mogą i faktycznie zaświadczają o jakżesz wielkich potrzebach społecznych nie zaspokajanych przez nasz handel.

Absurdem wydawać się może powstała wskutek wyrażonej powyżej opinii sytuacja: ktoś tam mógł (w mniemaniu swoim własnym oraz innych) nic nie robić, ale zrobił, napracował się i to w końcu nie dla siebie lecz dla innych szatkował ową kapustę, wydłubywał ten miód. Gdyby nie robił nic, to nie nasłuchałby się tylu przykrych słów, nie poznał struktury nonsensu, a tak – ma to, jak w banku. Czyż wobec tego warto być u nas aktywnym, warto starać się dla ludzi, poświęcać swój czas i zdrowie? – zapytają „zawiedzeni”. Sytuacja faktycznie wydaje się graniczyć z nonsensem, ale też tylko wydaje się! Boć w rzeczy samej nonsens nie w sytuacji tej tkwi lecz w naszym przekonaniu, że robienie czegokolwiek, choćby i najgłupszego, lepsze jest od niezrobienia niczego. Podczas gdy cały cywilizowany świat nauczył się już cenić i przyznawać rację bytu jedynie temu, co robione jest z sensem, fachowo, i mądrze, my tkwimy wciąż w dzikim zachwycie nad tym, że w ogóle ktoś, coś tam robi lub robić próbuje. Stąd też krytykuje się u nas zazwyczaj za bierność, za brak aktywności, za pasywność traktując z przymrużeniem oka tych, którzy coś tam robią, starają się, choć „nie zawsze im to jeszcze najlepiej wychodzi”.

Można i tak, ale jeśli już, to zapomnieć do końca trzeba o znanej gdzie indziej prawdzie, iż największe nonsensy biorą się znacznie częściej z ludzkiej aktywności niż z jej braku.

Dziennik Bałtycki, 271 (12206) 16 listopada 1984

 

 

Tadeusz Wojewódzki

OCENIANIE

OCENIANIE

 

To się tylko tak mówi, że nie zależy nam na tym, jak na tym, jak nas oceniają. Zależy. I to jak bardzo. O dzieciach zwykliśmy mawiać, szczególnie z klas pierwszych, że bardzo się ocenami przejmują. Dorośli często oceny takie odchorowują. Ocenienie ludzi, ich pracy zawodowej ma więc, jak większość tego, co nasze, swój wymiar poważny, nieomal tragiczny, ale czasem także wyraźny aspekt satyryczny.

Akurat ten pan siedzi i gryzie się. Jego całoroczną pracą oceniono na czwórkę. Nie, nie jest uczniem, ale uczy. Ocenia się więc go tak samo jak ucznia – na stopnie. Uczeń z czwórki często jest rad, ale nauczyciel? Uczniowie tego pana średnią za ów oceniony rok mają niewiele poniżej piątki. Tacy to mają się z czego cieszyć.

Ale pan nie miał do nich zbyt wielu krytycznych uwag. Sam natomiast nabroił nie lada: za rzadko korzystał z pomocy audiowizualnych, a poza tym w dzienniku nie postawił kilku myślników w stosownych rubrykach, nie wspominając już o uchybieniach tak ewidentnych, jak brak podpisu pod jednym z kilku tuzinów wyliczeń uczniogodzin, klasodniówek, człekoobecności. Zamazał przez to klarowność obrazu procesu dydaktycznego.

Siedzi więc pan i się gryzie. A ma faktycznie czym się gryźć. Nie wie już teraz, jako nauczyciel czwórkowy czy jego piątka postawiona uczniowi tyle samo warta jest co piątkowej koleżanki, czy też wartości takiej nie posiada. Może – jako czwórkowy – winien stawiać teraz szóstki, może piątki z wykrzyknikami? Nie wie. Ale pociesza się myślą, że jeszcze większe problemy ma koleżanka trójkowa.

Przyglądając się tym ocenianym na stopnie odnieść można wrażenie, iż są ofiarami zemsty uczniowskiej, która przez długie lata szkolne wzbierała i wzbierała, aż tak wyrosła i dojrzała, że decydować już mogła nie tylko o własnym, ale także nauczycielskim losie. Od momentu zniesienia kar cielesnych stopień jest w zasadzie jedynym strachem w szkole. Straszyli nim nauczyciele – uczniów. Uczniowie wyrośli i zdecydowali, że oceną straszyć się teraz będzie w szkole wszystkich – nauczycieli także.

Jeśli nawet ocenianie na stopnie nauczycieli nie jest zemstą dorosłych uczniów skazujących swoich byłych „ciemiężycieli” na wieczną (do emerytury) udrękę życia w dorosłym świecie, z widmem wiszącej wciąż nad głową dwójki, to pomyśl oceniania nauczyciela na stopnie jest psotą porównywalną chyba tylko z inną jeszcze – wymogiem posiadania przez tychże aktualnych badań lekarskich. Może by tak choć zwolnić z niego nauczycieli klas I – IV, a obowiązkiem tym objąć – dla wyrównania liczby badanych – nauczycieli akademickich, szczególnie tych, którzy nie ukończyli jeszcze osiemdziesiątki?

Sens psoty uczniowskiej zawartej w tym, że nauczyciel dostaje oceny widoczny jest dopiero wówczas, gdy na ocenianie owo spojrzy się nie z perspektywy szkolnego tylko podwórka. Pomyślmy bowiem jak to jest.

Nauczyciel ocenia ucznia tak samo, jak np. lekarz ocenia stan zdrowia pacjenta. Nauczyciel stawia stopnie: pięć. cztery itd. Lekarz natomiast ocenia, czy pacjent jest zdrowy czy chory. W najgorszym z możliwych przypadków stwierdza zgon. Skoro nauczyciela oceniamy używając takich samych zasad – stopni, jakich on używa dla oceny ucznia, to co stoi na przeszkodzie, żeby lekarzy oceniać w takiej samej skali ocen, jaką stosują oni do pacjentów? Ten najlepszy – byłby „zdrowy”, a najgorszy, który nie potrafi leczyć, spóźnia się do pracy itd. byłby oceniany jako „denat”. Mógłby ktoś protestować, że chodzenie po poradę do lekarza sklasyfikowanego jako „denat” może źle wpłynąć na psychikę pacjenta, ale skoro zdecydowaliśmy się już na pobieranie nauk u nauczyciela ocenionego na trójczynę lub jeszcze gorzej, to co za ceregiele z tym „denatem”. Nie przesadzajmy.

Jak już zaczniemy tak oceniać innych na zasadach wypracowanych przez biurokratów, to czas zapewne nastanie i taki, że na zasadach tych oceniać będziemy nie tylko nauczycieli i lekarzy. Sprzedawcy oceniają dla odmiany nie uczniów, nie pacjentów, ale towar. Ten najlepszy jest spod lady. Ten dobry – po luksusowych cenach – na sklepowych pólkach. Jest także ten zły – bubel. Przyjmując znaną już zasadę, że oceniany będziesz według tej samej zasady jaką przyjmujesz przy ocenie tego z kim lub czym pracujesz, mielibyśmy sprzedawców „spod lady” i „luksusowych”, ale nadto „buble” stałyby za ladą, a nie tylko na pólkach. – I jeśli już nie nauczyciel „dwójkowicz”, nie lekarz „denat” w przychodni rejonowej to może ten „bubel” za ladą przekona wreszcie kompetentnych, że ocenianie to rzecz poważna, a czas na szkolne figle i psoty przeminął bezpowrotnie wraz ze zdjęciem fartuszka czy szkolnej bluzy z tarczą.

Dziennik Bałtycki, 272 (12796) 21 listopad 1986

 

 

Tadeusz Wojewódzki

ALE…

ALE…

 

O teraźniejszości zwykliśmy mawiać, że jest kryzysowa, „nawiasowa”, inflacyjna itd. Znacznie rzadziej zwracamy uwagę na to, że teraźniejszość nasza jest ponadto amoralna, że sprzyja „spłaszczaniu”, trywializowaniu czy wręcz eliminowaniu z naszego życia wartości, które nie potrafią sprostać wymogom dosłownie rozumianej praktyczności, których obecność przeszkadza nam w osiągnięciu kolejnych celów, zaspokajaniu tych mniej i tych bardziej pilnych potrzeb. O tym, iż jest właśnie tak nie zaświadczają kroniki milicyjne. Fakty tam odnotowane mieszczą się zazwyczaj w ramach patologii społecznej. Znacznie ważniejsze jest jednak to, co dokonuje się w normalnym społeczeństwie, które na co dzień, charakterem własnych działań wyznacza realne ramy tego, co można, co należy, a czego nie należy czynić.

Gdyby ludzie reagowali u nas na braki w sklepach tych artykułów, które są im pilnie potrzebne, wyrywałem włosy z głowy, to w stosunkowo krótkim czasie ulice wypełniłyby się po brzegi tłumami łysych. Ale ludzie miast wyrywać owe włosy, nauczyli się jakoś tam sobie radzić. Więc radzą sobie, kiedy w sklepach nie ma odpowiedniej farby, kiedy nie ma gwoździ czy kleju. Radzą sobie, kiedy nie ma tysięcy innych także drobiazgów. Amoralność tego typu sytuacji polega na tym, że choćbyś człowieku pękł, choćbyś płacić chciał dziesięć razy drożej, choćbyś sprzedawcę po rękach całował, to i tak nie dostaniesz, bo tego w sklepach nie ma. Jest natomiast w fabryce, w stoczni, albo innych czasami. dużo mniejszych zakładach. No więc ludzie radzą sobie ponaglani przez życie, a bywa, że i przepisy prawne wymagające posiadania wielu rzeczy w określonym stanie, wyglądzie itp. Sytuacja tego typu nie nazywa się po imieniu sugerując, że chodzi tutaj o „zdobywanie”, „załatwianie”, „kombinowanie” itd. Sytuacja takich zdarza się wiele i wielu ludziom.

Dla garści gwoździ, dla słoja farby lub odrobiny kleju dokonujemy czegoś, czego skali w owym momencie nie odczuwamy, nie rozumiemy bądź nie zauważamy. Boć w gruncie rzeczy chodzi tutaj o amoralność usankcjonowaną, uznaną za obecną w naszym życiu, normalną i konieczną. Jak groźne jest to zjawisko dla naszej przyszłości, dla obecnego i przyszłego obyczajowo-kulturowego kształtu nas, jako narodu, jako grupy kultowej o określonej tradycji i wobec nich powinności, trudno jest wyrazić słowami pozbawionymi patosu. Ale patos stracił u nas wzięcie.

Stwierdzenie faktu amoralności sytuacji takich, jak ów brak wielu bardzo drobiazgów, niczego jeszcze samo przez się nie rozwiązuje. Zdrowy rozsądek nie pozwala ani ganić ani też pochwalać wyzwolonej owym brakiem zaradności. Nie goniąc, ale też nie przyzwalając przyznajemy temu zjawisku atrybut konieczności, niezbędnej jego w naszym życiu obecności. Wolimy, więc raczej milczeć udając, że problemu po prostu nie ma, albo mówić, że jest pomniejszając jego rozmiary oraz pomijając faktyczne zagrożenia. Trudno też oczekiwać, aby ktoś podjął nagie próbę dania szansy moralnego egzystowania tym, którzy tak właśnie egzystować zamierzają tworząc na przykład warunki legalnego zakupu tego, co jest i będzie nadal wynoszone przez bramę, niezależnie od sprawności i mnogości tych „na bramie”.

Skłonnym do posądzania mnie o nadmierny pesymizm zwracam uprzejmie uwagę na dwie choćby tylko tendencje współbrzmiące z powyższą. Pierwszą z nich zaobserwować można śledząc głosy w tej dyskusji na temat zasad rekrutacji na uczelnie. Widać z nich, jak na dłoni, że nie za bardzo wiemy co najcenniejsze jest, najważniejsze dla nas, jako narodu, kraju oraz indywidualnie – dla ludzi. Nie wiemy ponadto dlaczego coś tom bardziej cenne jest, bardziej pożądane od czegoś innego. W tym określonym kontekście jakżesz znamienna jest wypowiedź jednego z wysokich urzędników państwowych stwierdzająca, że za normalną uznać trzeba będzie sytuację, iż sprzątaczka zarabiać będzie w szpitalu więcej, aniżeli kierujący i nią, i tym szpitalem oraz odpowiedzialny za zdrowie pacjentów – ordynator. Krótko mówiąc: okazało się, że nie fachowość, nie wiedza i przygotowanie są wartościami, których oczywistości nikt nie ośmieli się kwestionować lecz brak kogoś, a więc w chwili obecnej sprzątaczek, a jak się to „odkręci” i kobiety ruszą do mioteł po tę forsę, to potem lekarzy, którzy póki co odpłyną nam w siną, lecz bardziej opłacalną, dal. Tak więc nie za bardzo wiadomo co jest wartością a co nią nie fest. Natomiast druga tendencja polega na tym, że często się nam odmieniają kryteria wartościowania.

Pozostaje więc perspektywa ziemskiej realności i brania życia takim, jakie ono jest. A jest ono takie właśnie, że wczoraj pytani o to, czy można kraść odpowiadaliśmy, że nie można, zaś dzisiaj powiadamy, te nie można ale…

Kto wie gdzie nas to „ale” jeszcze zaprowadzi?

Dziennik Bałtycki, 277 (12212) 23 listopada 1984

 

 

Tadeusz Wojewódzki

MORALNOŚĆ

MORALNOŚĆ

 

Koniec roku ciężki jest pod każdym względna. Dla jednych, gdyż gonią plany, albo je przekraczają. Dla innych ze wzglądu na bilanse, sprawozdania i cały ten administracyjny młyn wyciskający siódme poty na ludziach w zarękawkach. Jakby tego jeszcze za mało było oddajemy się ponadto szaleństwu przedświątecznych przygotowań, a potem świątecznemu obżarstwu. Na koniec stajemy wobec retorycznego pytania: „No i w czymże to pójdę w tym roku na sylwestra?” Wiadomo przecież, że w tym samym, co rok temu. Czasy przecież teraz dla finansowych przeciętniaczków takie, że zamiast kreacji trzeba zmieniać co roku towarzystwo.

Ale przełom starego i nowego roku to ponadto czas wszelkich podsumowań. Generalne i centralne zasieją w nas ziarenko optymizmu. Z osobistymi podsumowaniami bywa wszakże bardzo różnie. Najgorsze w nich jest to przede wszystkim, że nachodzą nas te podsumowujące refleksie w chwilach i miejscach najmniej spodziewanych. Golisz się więc w te przełomowe roku dni, głowę nabitą masz zasłyszanymi próbami szerszego spojrzenia, więc podświadomie i ty szerzej patrzeć zaczynasz już nie tylko na ową goloną brodę i policzki, nie tylko na szyję lecz na twarz całą i – co gorsza – głowę. I patrząc tak, w szerszej właśnie perspektywie dostrzegasz na skroniach siwych włosów pasemka całe. Jeszcze rok temu trafiał się jakiś pojedynczy, nieśmiały gość siwiejący, którego wyrwać można było bez obawy o stan owłosienia. Teras gdybyś zapragnął ów proceder uprawiać dalej miast do siwych, do łysych należeć musiałbyś wkrótce. Takim, jak ty teraz wmawiają wprawdzie, że pan szpakowaty bardziej, atrakcyjny jest dla płci pięknej. Ale ty wiesz swoje, a co gorsza pamiętasz o tym, że każdy siwy włos, to ponoć stracona okazja. Cóż więc może być znów aż tak bardzo atrakcyjnego dla pici pięknej u pana noszącego na sobie piętno, wręcz dowód namacalny trwania w cnocie z roku na rok większej i większej, bo większą ilością siwych włosów znaczonej? Doprawdy. Żadna to pociecha, I ta także że sąsiad łysieje od tylu, a szwagier od czoła łysieć zaczyna.

Jak już cię taka myśl podsumowująca raz ogarnie, to trudno uwolnić się od niej potem. Tym bardziej że kończący się rok stwarza okazje do takich myśli bardzo wiele. Mało więc tego przy goleniu myślenia. Prędzej czy później pogonią cię z dywanami na poświąteczne ich trzepanie. Rozciągniesz więc te syntetyczne persy dla ubogich na centralnym przed blokiem trzepaku i zanim się spostrzeżesz myśli natrętne trzepotać ci się będą pod czaszką. Oto zobaczysz dziury całkiem nowe, wypalone przez kopcących na prywatkach biesiadników. Ale co tam one. Bardziej przytłaczający jest widok syntetycznego włosa, który nie siwieje wprawdzie, ale przygnieciony jest już tak skutecznie, że postawić go można chyba tylko metodą panka – na cukier puder. Kolorki też smętne, wyblakłe jakieś takie, w jednej szaroburej tonacji. A przecież jeszcze rok temu kolorek był niczego sobie i włos sterczał bez cukru pudru, nawet bez specjalnego czesania. Zwiniesz więc te syntetyczne luksusy i zechcesz ich już na podłogę nie kłaść. Może chętniej na ścianę, niby że to takie bardziej współczesne nam arrasy.

Smętnym nurtem własnych myśli ogarnięty dopiero w sylwestrowy wieczór dostrzeżesz, ze garniturek wyjściowy jakby cieńszy jest niźli roku temu, bardziej z rzadka tkany, szczególnie na łokciach i kolanach, żeby już nie wspomnieć o miejscach, wyraźnie poniżej pleców usadowionych.

Człowiek to jednak ma do siebie, że nie potrafi w tak smętnej atmosferze trwać zbyt długo. Optymistycznej nutki szukać więc będziesz. I tak podsumowując rok miniony przypomnisz sobie o worku na balkonie sterczącym, pustymi butelkami wypchanym. Worek ów to dowód nie tylko chwil mile spędzonych, szczodrze zakrapianych, radosnych i beztroskich. To nadto lokata kapitału pewna, choć fizycznie krucha. To ponadto nadzieja, że jak szkło znów podskoczy, zysk czysty będzie.

A tak w ogóle, to byłoby przecież nieźle, gdyby ci się udało rok mijający do chudych lat zaliczyć we własnym życiorysie. Wszak po chudych tłuste zwykły nastawać. Nie obawiajmy się więc tych bardziej smętnych osobistych podsumowań. I tłustych latek życzmy sobie wzajemnie.

 

Dziennik Bałtycki, 279 (12521) 27 grudnia 1985

 

 

Tadeusz Wojewódzki