Archiwum autora: tadeuszw

CZŁOWIEK

CZŁOWIEK

Zabić siekierą własnego męża pogrążonego we śnie. Następnie wraz z synem poćwiartować zwłoki w wannie i zapakować je do plastykowych woreczków. Z kochankiem przewieźć je do garażu. Tam zakopać w głębokim dole i zalać betonem. Potem spokojnie jeść, spać, żyć jakby nigdy nic.

Recenzent scenariusza takich wydarzeń powiedziałby zapewne, że autor ich jest klasycznym przykładem grafomańskich zapędów. Cóż jednak powiedzieć o życiu, które scenariusz ten wypełniło realnością? Cóż powiedzieć o ludziach, którzy stali się bohaterami tych wydarzeń?

Takie nagromadzenie okropieństwa umieszcza człowieka w potrzasku. Z jednej strony skłonny jest on traktować tych krwawych bohaterów jako twory tylko człekopodobne; przez to, co uczyniły do gatunku ludzkiego nieprzynależne. Z drugiej jednak pamięta także i o tym, że w tym, co uczynili nie są przecież odosobnieni, Nie trzeba sięgać pamięcią zbyt głęboko, by wydobyć z niej sprawy głośne, wstrząsające, te z dalszego i najbliższego podwórka.

Przeważnie krwawymi bohaterami tych wydarzeń byli mężczyźni. Kobietom nie zwykliśmy przypisywać tak morderczych, zbrodniczych predyspozycji, jak płci brzydkiej właśnie. Tymczasem ostatnio mnożą się przypadki również okrucieństwa ze strony kobiet. Budzi to irracjonalny lęk-przed czymś złym, co ma teraz miejsce, a co może być zapowiedzią czegoś katastroficznego. Rodzi to pesymizm związany z refleksją nad tym, co się z nami dzieje i dlaczego dzieje się akurat tak.

To prawda, każda zbrodnia oburza nas do żywego, wydaje się czymś niepojętym, odrażającym. I w ocenie tego konkretnego oraz innych, podobnych wydarzeń, jesteśmy zgodni, bardzo sobie bliscy. Ale sytuacja taka nie daje jeszcze pełnej odpowiedzi na pytanie o to jacy właściwie jesteśmy. Wystarczy uświadomić sobie fakt, że w tym samym może wcześniejszym lub nieco późniejszym dzienniku telewizyjnym, w którym zrelacjonowano ową zbrodnię, mowa była także o kolejnych nalotach, o walkach na ulicach różnych miast itd. Ileż to razy, nawet tępo samego dnia, naoglądamy się scen wypełnionych po brzegi okrucieństwem. Scen, na które popatrzymy, zastanowimy się nad nimi chwilę albo i nie, do których jednak najczęściej nie wracamy. Sprawiamy takie wrażenie, jakbyśmy przyzwyczaili się, przywykli do tępo, że okrucieństwo, zabijanie, Śmierć z ręki innego człowieka są trwałym elementem realności tego świata. Patrzymy więc w te nasze srebrne lub kolorowe okienka na świat, widzimy, jak leje się krew i… przekąszamy kanapką z żółtym serem. Oczywiście, nie sposób inaczej reagować, kiedy sceny takie pokazują już od lat, codziennie. Jeśli za każdym razem wzbierałaby w nas krew, a oburzenie sięgało zenitu, to po kilkumiesięcznym oglądaniu telewizji zdecydowana część z nas trafiłaby na oddziały psychiatryczne, a pozostała na kardiologiczne.

Rzecz jednak w czym innym. Otóż jeszcze pięćdziesiąt lat temu, kiedy jeden samolot zaatakował gęsto zaludnione miasto nie czyniąc strat innych poza rannymi (zabitych nie było), to cała prasa, jak jeden mąż wyrażała swoją dla tego stanu rzeczy zgodną dezaprobatę, oburzenie i potępienie. Świat był tym wydarzeniem wstrząśnięty. Nie mieściło się ono ludziom przed pięćdziesięciu laty w głowach i w ocenie tej zgodni byli tak, jak my teraz w przypadku owej morderczyni męża. I jeśli tamten świat porównywać z dzisiejszym, to są to dwa bardzo podobne, a zarazem jakżeż różne światy. Podobne dlatego, że nie zmieniły się przecież nasze kryteria moralne. W dalszym ciągu okrucieństwo, zabijanie jest złem. Jakżeż jednak na to zło reagujemy dzisiaj inaczej. Wtedy świat się oburzał, dzisiaj przede wszystkim przyjmuje do wiadomości, jest informowany. O kolejnych nalotach na miasta, o śmierci i mordowaniu.

Być może w stwierdzeniu, że stajemy się coraz mniej wrażliwi, obojętni na zło, jest więcej z dmuchania na zimne niźli rozsądnych racji. Że pod tym beznamiętnym zjadaczem kanapek z żółtym serem, zamkniętym w sobie przechodniem nieczułym na widok nieszczęścia innego człowieka kryje się w sumie dobry i wrażliwy na zło człowiek. Przecież prócz tych okropności i brudów pokazać można jeśli nie więcej, to chociaż tyle samo dobra, wrażliwości ludzkiego serca i ciepła.

Niemniej pytanie o to jacy jesteśmy, kim jest człowiek i na co go stać w czynieniu dobra i zła pozostaje nadal aktualne. Szczególnie te zdarzenia, które wstrząsają nami wywołują gwałtowny sprzeciw, a dziełem są człowieka przypominają, że jest to pytanie wciąż otwarte.

Dziennik Bałtycki, 225 (12749) 26 września 1986

Tadeusz Wojewódzki

 

 

WYKSZTAŁCENI

WYKSZTAŁCENI

 

Mawiają o nich różnie że wykształcony, a cham, że magister z odrzutu lub zwyczajny wróbel z dyplomem zaocznego konserwatorium dla kanarków. A mawiają tak, bo wykształcony. Kiedyś zobowiązywało szlachectwo, a dzisiaj coś z tego zostało w naszym przekonaniu o wykształceniu. Dlatego magister budownictwa lądowego okładający własną żonę kułakami raz tylko jeden w miesiącu – bardziej jest potępiony niż murarz, który czyni to częściej i ze znacznie większą wprawą. Ale wymiar tych zobowiązań szerszą ma skalę. Jedne z nich częściej i chętniej są uświadamiane, o innych mówimy rzadko.

Na co dzień od człowieka wykształconego oczekuje się wyższej kultury. Oczywiste to, choć biorąc rzecz całą na chłopski rozum, pozbawione wszelkich podstaw. Nikt przecież nikogo na żadnej z uczelni nie uczy tego czy pluć należy przez lewe, czy przez prawe ramię i czy to on, czy też ona pierwsza wyciągać winna rękę do powitania. To nie na uczelniach uczą gdzie chodzić w czarnym garniturze i krawacie na gumce, a gdzie w dżinsach i grubym, wełnianym golfie. A jak można od kogoś wymagać tego, czego nie uczono go na uczelni, nie wykładano, w czym nie ćwiczono. A o takich przecież mowa, gdy w grę wchodzą ci wykształceni.

Nasz stosunek do ludzi wykształconych wyróżnia się konsekwentnym brakiem… konsekwencji właśnie w myśleniu o nich, a tym bardziej postępowaniu wzglądem nich. Z jednej strony słusznie bowiem uważamy, iż to na nich spoczywają poważne wzglądem całej reszty ludzi zobowiązania; od sfery obyczajowej poczynając, a na zawodowej – kończąc, ale z drugiej nie dostrzegamy niczego aż tak nadzwyczajnego w fakcie, że np. zarabiają mniej niż pozostali, szczególnie wówczas, gdy rzeczywiście pracują głowami, a efektów tej pracy nie da się pokazać w telewizji, czy zrobić zdjęcia i umieścić w gazecie.

Są przy tym takie dziedziny życia, gdzie wykształcenie wydaje się nam oczywiste i potrzebne, jak w medycynie czy farmacji chociażby, ale to bardziej w trosce o własną skórę i wizję tego, że gdyby miało być inaczej hydraulicy wyrywaliby nam zęby, a szewcy robili chirurgiczne operacje. Pani magister w przedszkolu wydaje się już jednak zbytkiem lub nieporozumieniem, choć niezbyt nawet tęga głowa wpaść na to może, że człowiek im młodszy tym więcej i skuteczniej pojąć, nauczyć się potrafi, byle tylko w dobre dostał się za miodu ręce.

Ów brak konsekwencji w traktowaniu przez nas ludzi z wykształceniem odmian ma bardzo wiele, ale większość z nich ma w sobie coś humorystycznego i tragicznego w swych konsekwencjach zarazem. Tak więc dyrektorem fabryki nie może być inny człowiek, jak tylko ten z wyższym wykształceniem właśnie, choć wystarczyłby tutaj zwyczajnie znający się na rzeczy, taki z prawdziwego zdarzenia fachowiec. W szkole natomiast, w starszych nawet klasach, uczą świeżo upieczeni absolwenci szkól średnich (nie prymusi bynajmniej) i nikt z tego powodu specjalnych fanaberii nie czyni twierdząc, że tak jest skoro inaczej być nie może. Niby więc owo wykształcenie oficjalnym patentem jest na mądrość, naszą rodzimą na nią licencją, ale dokument potwierdzający jej posiadanie wymagany jest wszędzie tylko nie tam, gdzie źródło powszechnej mądrości, a więc w szkole.

Ostatnio natomiast ścierają się ze tobą dwie, wykluczające się wzajemnie tendencje wywołane odejściami wykształconych do prac wymagających liczenia do tysiąca na palcach lub bez ograniczeń, ale za to na kalkulatorze. Rzecz w tym, że niejeden magister, a bywało, że doktor także rzucił to, za co marne dostał grosze i zajął się sprzedażą zielonej pietruszki oraz innymi, równie intratnymi przedsięwzięciami. Kiedyś oficjalny przedstawiciel wysokiego szczebla wyjaśniał, że zjawisko to normalne jest w czasach doceniania praw ekonomii i o to właśnie chodzi, żeby ludzie tam szli, gdzie się bardziej opłaca. Niektórzy zbyt dosłownie chyba to zrozumieli i stąd zrodzić się musiała tendencja – potępiająca odchodzenie wykształconych z zawodu, szczególnie pań z tytułami magistra pomywających gary lub piorących brudy na Zachodzie, zamiast wypełniać swe powinności zawodowe tutaj, na miejscu, za kilkanaście tysięcy złotych.

Trudno doprawdy orzec, co bardziej żenujące jest – czy tłumaczenie wykształconym gdzie i jaka ich powinność oraz względem kogo psi wręcz obowiązek mają, czy tłumaczenie innym, że wykształcony nie może przez cale życie zarabiać na przysłowiową jedną parę butów i taką żyć właśnie perspektywą, podczas gdy tych innych stać na półtorej pary czy nawet całe dwie. Można oczywiści nie robić ani jednego, ani drugiego i też egzystować sprzedając zieloną pietruszkę. Tylko kto wówczas będzie uczył w naszych szkołach za kolejnych lat, być może wcale nie tak wiele i kto w ogóle pamiętać jeszcze będzie co to znaczy „człowiek wykształcony"?

Dziennik Bałtycki, 229 (13056) 2 października 1987

 

Tadeusz Wojewódzki

NOS

NOS

W Sevres pod Paryżem spoczywa wzorzec metra. Można więc własny “centymetr” porównać z tym wzorcem i dalej mierzyć do woli. Metr jest przecież uznany u nas za oficjalną i legalną jednostkę miary. Znacznie powszechniejszy jest jednak w użyciu nie jakiś tam metr czy centymetr lecz… nos. Wszak nos właśnie jest u nas miarą i skalą niejednego problemu, niejednej sprawy czy zagadnienia.

Długość nosa – szczególnie własnego – miarą bywa długości naszego na świat spoj­rzenia. Długość taka – do samego akurat czubka nosa – zapewnia obcowanie z rze­czywistością niejako nos w nos. Będąc zaś z nią na taką odległość rychło spostrzegamy, że nic nie jest proste, że wokół nas te same są tylko problemy. Mydło wyprodukować – problem, nici – problem, nocnik – też pro­blem. Nie ma więc już w nas specjalistów od produkcji mydlą czy nici, są natomiast znawcy problemu nici czy szarego mydlą (lub szamponu, którego po raz któryś tam z kolei znów brakuje). Toteż problemów przybywa nam wciąż nowych i nowych. Siedzą więc ludzie z problemami na głowach, i myślą, jak tu innym problemy te przeka­zać, pokazać, naświetlić tak, żeby zrozumieli całą ich zdolność, cały ten splot warunków, uwarunkowali i okoliczności, żeby zobaczyli na własne oczy, jak wiele się robi, aby je rozwiązać, jak intensywnie myśli się nad tym, by je wreszcie z życia naszego usunąć. Tu i ówdzie daje się słyszeć krytyczne glosy, że to niby u nas za dużo się dyskutuje, a za mało pracuje. Że tylko same u nas nara­dy, odprawy, zebrania, posiedzenia, konfe­rencje. Jeśli jednak na rzecz całą spojrzeć nie z pozycji specjalisty od produkcji tych nici, czy mydła ale znawcy problemu my­dła, to oczywistym się stanie, że problemu mydła nie można rozwiązać w hali produk­cyjnej lecz właśnie sali konferencyjnej. Więc się konferuje.

Ludzie widząc, jak ciężko jest cokolwiek ruszyć, pchnąć na właściwą drogę, rozkręcić z sensem i pożytkiem dla ogółu skłonni by­wają do posądzania innych o złą wolę, złośliwość, nieżyczliwość i wiele jeszcze równie złych rzeczy. Kiedy więc dostają w skle­pach ziemniaki każdy innej odmiany, pół jadalnych, część zgniłych, a resztę, pastew­nych, kiedy mleko pachnie im śledziem, a śledź benzyną, to klnąc głośno i w duchu przeklinając, myślą sobie, że jest nad nimi jakaś siła nieczysta, mocna, niepojęta, która niszczy to, co dobre, wskrzesza to, co złe, bałagani tam, gdzie uporządkowane. W rze­czy zaś samej stoi za tym wszystkim nos. Z odległości bowiem jednego nosa widzi się wszystko oddzielnie: krowę i mleko, jajko i kurą, wodą i rybą. Raz chce się mieć wię­cej jaj i jednocześnie mniej kur, to znów mniej mleka i więcej krów, albo też więcej wody ze spuszczonych stawów i więcej w przyszłym roku ryb. Zawsze i wszystkiego jest więc za mało albo za dużo. Klęska uro­dzaju przemienia się w klęskę niedoboru. I na odwrót.

Z odległości jednego nosa – choćby to był nawet najdłuższy ze wszystkich nosów – widzi się przede wszystkim czubek wła­snego nosa i to tylko, co aktualnie jest; nig­dy zaś nie widzi się tego, co działo się przed chwilą, a tym bardziej tego, co może się wydarzyć. Z tej odległości widać, jak na dło­ni, że historia najbardziej lubi się powta­rzać, że głupi głupim jest zarówno przed, jak i po szkodzie. I takie spojrzenie uważa się za najlepsze, boć zasadza się ono na per­spektywie własnego nosa, a ta gwarancją jest prawdy i słuszności. Nic też dziwnego, że oprócz tych dwóch prawd o historii i o głupim prawie że nie ma już takich, na któ­re wszyscy zgadzaliby się uważając je za wspólne i swoje zarazem. Zdań bowiem tyle jest, ile nosów, a nosów tyle, co ludzi wie­dzących, najlepiej co dobre jest i dla kogo. Własny nos a dokładniej sam czubek jego decyduje o tym, że ich posiadacze zajęci są bardziej przekonywaniem pozostałych o two­jej racji, niż czymkolwiek innym.

Nos jest także miarą wartości człowieka. Można przecież mieć głowę na karku, olej w głowie, tytuły i fakultety i nie zajść ani za wysoko, ani daleko. Wiele spośród tych ocen zastąpić się daje z powodzeniem jedną zaletą – posiadaniem nosa. Kto go ma, ten dobrze wie kiedy, co i komu powiedzieć, gdzie pójść, co widzieć i co pamiętać. Posia­dacz owego nosa cieszy się dobrą u przeło­żonych opinią i ma przed sobą świetlane perspektywy.

Widać więc czarno na białym, że nos od­grywa w naszym życiu rolę znacznie waż­niejszą niż metr. Skoro metr ma swój włas­ny wzorzec i to umieszczony w tak bardzo od nas odległym miejscu, warto chyba po­myśleć nad tym, czy nie można by tak u nas, gdzieś pod Warszawą umieścić wzorca naszego, rodzimego nosa. Pomnika nie pro­ponuję, bo któż u nas zwykł przymierzać się do postaci tkwiących na cokole. Co in­nego z wzorcami. Ludzie chętnie by się i poprzymierzali, ale wzorców brak. Niechże ten nos dobrym będzie – w ich tworzeniu – początkiem.

Dziennik Bałtycki, 230 (12165) 28 września 1984

Tadeusz Wojewódzki

 

 

POŚWIĘCENIE

POŚWIĘCENIE

Kto sięga do historii ten cierpi często ma dolegliwości podobna do choroby studenta medycyny. Jak niedoszły medyk upatruje we własnym ciele śladów tysiąca chorób, o których przeciętnie zdrowy śmiertelnik zielonego nawet nie ma pojęcia, tak – dla odmiany – studiujący historią często odnosi wrażenie, iż ona kotem się toczy i nic nowego nie może się jut zdarzyć pod słońcem.

Odwołujących się do historii słychać u nas dobrze, skoro wołają głosem nie mniej donośnym niż pozostali, także starający się zrozumieć obecne czasy. Często też słyszy się o ich podobieństwie do okresu romantyzmu czy pozytywizmu. Coś jednak jest w tym przekonaniu, że czasy nasze do romantyzmu najbardziej są zbliżone, czemu oprzeć się szczególnie trudno, jeśli zważyć jaką rolę pełni dzisiaj w naszym życiu poświęcenie.

Choćby w domach. Dzieci przecież się u nas nie wychowuje. Albo robi to ulica, podwórko, albo ktoś z rodziny, najczęściej matka – dzieciom się poświęca.

Matka, która wychodzi do pracy, kiedy dzieci jeszcze śpią, a wraca do domu objuczona zakupami by zająć się obiado-kolacją i upychaniem po kątach tego wszystkiego, co dziatwa, kiedy sama w domu, lubi bez końca wyciągać, nie ma praktycznie czasu na wychowywanie własnych dzieci. A bywa przecież i tak, że pociechy wracają z podstawówki wieczorem, kiedy i one, i zziajana matka nie mają już wspólnie sił, by zajrzeć do książek i zeszytów. Wówczas nie ma mowy nie tylko o wychowywaniu, ale nawet o systematycznej pomocy w nauce.

O tym jak bardzo brakuje nam czasu na wychowywanie pociech świadczy rozpowszechniony zwyczaj karcenia dzieci dopiero wtedy, kiedy cała rodzina zasiądzie u cioci na imieninach lub do wczasowego posiłku. Można się na ową manierę słusznie oburzać, tylko co począć innego skoro w domu każdy je wówczas, kiedy ma na to czas, a więc z reguły oddzielnie i jak umie.

W tej sytuacji wychowywanie dzieci wymaga faktycznie poświęcenia nie lada, wręcz ofiary prawdziwej ze strony rodziców, gdyż nie inaczej nazwać można życie z jednej tylko pensji, gdy matka zostaje w domu po to właśnie, by oddać się rodzicielskiej powinność.

Czasy obecne tak przesiąkły ideą poświęcenia, że zwyczajna praca także bywa często poświęceniem. Są przecież takie resorty, gdzie się nie fedruje lecz uczy bądź leczy. Dla fachowców o wysokich kwalifikacjach zatrudnienie tutaj więcej ma wspólnego – ze względu na zarobki – z poświęcaniem się niż zarobkowaniem.

Ideą poświęcenia przesiąkliśmy już tak bardzo, że bez niego niewiele potrafimy sobie wyobrazić, a tym bardziej zaproponować czy zrobić. W romantyzmie jednostka dojrzewała w samotności do stanu gotowości psychicznej poświęcenia siebie dla sprawy. My natomiast nie mamy nawet na to czasu i poświęcać się musimy z marszu. Wie o tym dobrze ten, czyje mieszkanie zamienia sławetna „Fala” w komorę gazową. Rozmowa z dyrekcją przekonać może go skutecznie, że prócz poświęcenia się dla słusznej sprawy – produkcji fatałaszków na eksport, co nierozerwalnie związane być musi z truciem okolicznej ludności – innego rozwiązania nie ma.

Ale co tam obcy zakład, nawet twoja własna spółdzielnia mieszkaniowa jeśli ma do wyboru wydać kilkaset tysięcy więcej lub zatruwać cię spalinami samochodowymi, też wybierze poświęcenie – twoje ma się rozumieć i wyjazd z parkingu zrobi ci pod samym nosem tak, abyś nie mógł okna otworzyć ani z jednej, ani z drugiej strony – osaczony przez „Falę” i parking, skazany na poświęcanie się nie czynem nawet lecz każdym oddechem.

Łatwo więc można odnieść takie wrażenie, że jak już coś robimy, to koniecznie czyimś kosztem, obowiązkowo poświęcając zdrowie i nierozerwalnie związaną z nim radość życia. Tańsza, choć mniej zdrowa technologia, ekonomiczniejsze choć bardziej dla ludzi niebezpieczne usytuowanie raz parkingu, innym razem wysypiska śmieci lub jeszcze czegoś gorszego. Zupełnie tak, jakby suma owych poświęceń miała dać nam coś lepszego, choćby dla potomnych, przyśpieszyć realizację naszych marzeń, spełnić to, na co czeka tak wielu.

Oburza to, gdy w grę wchodzą sprawy duże i jest nie do ścierpienia, gdy pochodzi z własnego podwórka, na co wpływ mają tacy, jak my ludzie. Jeśli już bowiem ktoś chce koniecznie się poświęcać, niechaj poświęca przede wszystkim siebie, sam mieszka w trujących murach, wdycha wyziewy własnej fabryki… I wówczas będzie to faktycznie poświęcenie choć też dla idei, którą zdrowemu na umyśle trudno pojąć.

A pozostałym wystarczą w zupełności ciężkie warunki codziennej egzystencji, które zmuszają do prawdziwych i sensownych poświęceń, choć mało kto tak zwykł je nazywać.

Dziennik Bałtycki, 235 (13062) 9 października 1987

Tadeusz Wojewódzki

 

 

 

MARNOTRAWSTWO

MARNOTRAWSTWO

 

Najpowszechniejsze, oprócz tego, że choć kryzys popuszcza, to żyje się coraz ciężej, jest chyba przekonanie o panującym u nas wszechmocnie, niepodzielnie i nieomal od zarania – marnotrawstwie. Swego czasu „Przegląd Techniczny” pieklił się na jedno z ministerstw, że w tym naszym dolarowym dołku pozwoliło sobie na zakup bynajmniej nie polskiego, bynajmniej nie za złotówki i nie najtańszego samochodu. Inne „przeglądy” huczą i pohukują o cemencie, który stwardniał zanim go rozkraść zdołali, o mięsie czy rybach, których nikt nie zjadł, choć niejednemu ślinka na sam ich widok – przed zepsuciem się – ciekła, o bublach i bubelkach. Jedni liczą więc ile się u nas produkuje, a inni ile się marnuje. Jedni i drudzy twierdzą, że urobieni są po same łokcie. Mnie zaś się wydaje, żeśmy się w tym naszym myśleniu o marnotrawstwie dali cokolwiek zwariować. Bo też gdzie marnotrawstwo to marnotrawstwo, ale nauczmy się wreszcie patrzeć dokładniej i widzieć dziedziny całe życia naszego, w których prześcignęliśmy dawno najoszczędniejszych, przechytrzyli najbardziej chytrych, wydali mniej niż innym w głowach zmieścić się zdołało.

Pierwsze, nieśmiałe jeszcze kroki na długiej drodze wyzwalania się ze zniewalającej nas tradycji marnotrawienia stawialiśmy, w oświacie. To prawda, że moje pokolenie chodziło do szkoły zawsze na ósmą rano ale już wtedy nie zdarzało się, żeby klasy liczyły mniej, jak czterdziestu uczniów. Pamiętam dobrze, że samo wyczytywanie całej klasy z dziennika wystarczało mi na matematyce by odpisać kilka zadań i to bez ponaglania ze strony koleżanek, które – jako pilniejsze – odpisały je wcześniej na przerwę. W takiej gromadzie cieplej było i raźniej. Tylko nauczyciele byli jacyś tacy niewyraźni, bo jak któryś do klasy przyszedł, to zaraz kazał szeroko okno otwierać i stał przy nim chociaż krótką chwilę wachlując się dziennikiem i przewracając gałkami (ocznymi – rzecz jasna).

Jedna pani – „żaba” – to nawet ka­zała zawsze wychodzić z klasy i wietrzyć ją zanim weszła do środka, ale jak ją kie­dyś dyrektor na tych fanaberiach przyła­pał i z korytarza do klasy pogonił, to po­tom i „żaba” wachlowała się tym dziennikiem.

Teraz klasy są wprawdzie troszkę, mniej liczne, ale za to dzieciaki chodzą do szkoły na przeróżne godziny. Moich trzech budry­sów jest tego przykładem i zarazem ko­ronnym dowodem. Starszy chadza każdego dnia inaczej, ale pamiętam tyle, że i na 11.50 na trochę wcześniej, a raz jeden w tygodniu to nawet na 8. Młodsi tak wcze­śnie nie chodzą, za to wracają po 15 lub trochę później. Ale inne dzieci łażą z tor­nistrami po moim osiedlu do późnego wie­czora.

Słowem – za moich czasów szkoła czyn­na była od ósmej do drugiej, może czasa­mi nawet i do trzeciej – i cześć. Potem woźny zamykał budę na klucz i ta świeciła pustkami aż do rana następnego dnia. I to było właśnie marnotrawstwo. Teraz szkoły pracują chyba na okrągło, przez całą do­bę, a już z całą pewnością od 7.30 do ok. 18. Pomyślmy tyko, jakaż to oszczędność. Inni budowaliby pewnie nowe szkoły, wy­dawali krocie, pakowali w ten oświatowy worek bez dna. Tym innym nawet do gło­wy by nie przyszło, że dzieci mogą chodzić na zmiany i to aż na trzy. Nam tak. I dla­tego właśnie te klasy liczne, ze zmiany po trzy, a nawet i po dwie, są dla mnie pierwszymi przykładami tego, że potrafimy jednak zerwać z jakżeż mocno zakorzenioną u nas tradycją marnotrawstwa.

Przykład to nie jedyny. Jest przecież słu­żba zdrowia, są szpitale. Kiedy oglądałem czeskiego Kildera, to co i rusz krew mnie zalewała na marnotrawstwo tam pokazywa­ne. Te sale dla chorych tak duże że mo­żna by wstawić tuzin łóżek, albo jeszcze troszkę więcej, a oni – dwa! Wszystko tam zresztą było nie na moje nerwy: zamiast spłuczek – umywalka, zamiast lustra – telewizor, a na korytarzach (szerokich na długość kilku łóżek) pusto, tylko Sowy latają. U nas takie marnotrawstwo jest nie do pomyślenia. Same korytarze to byśmy tak zagospodarowali, że niejednemu oczy wy­szłyby z orbit: pod ścianami łóżeczko, przy łóżeczkach – stojaki na kroplówki, ewentualnie jakaś mała nereczko sztuczna (gdyby była), pod łóżeczkami nocnik, „kaczki”, „baseny” i laczki, a przy tym wszystkim – biały parawanik.

Nasze zacięcie do walki z marnotraw­stwem objęło inne także dziedziny życia, a wśród nich komunikację, w tym także miejską. Na środkach tej komunikacji powy­pisywali nawet ile ma on miejsc siedzących, ile stojących. Tytko ci, którzy jeżdżą wiedzą natomiast ile jest w nich miejsc jeżdżących. Dla wstępnej orientacji powiedzieć można że jest ich tyle, ilu kolanem tub inną częś­cią ciała ostatni z chętnych do skorzysta­nia z usług komunikacji miejskiej upchać przed zamknięciom się drzwi zdoła. Prakty­cznie bowiem jeździ się u nas „na śledzia”, co kiedyś było uważane, że tak jest romantycznie, a dzisiaj wiemy, że tak jest ekonomicznie.

Coraz częściej widuje się oraz słyszy ta­kie oto hasło: „Oszczędzają bogaci, to i nam się opłaci”. No jasne, przecież widać to po oświacie, po służbie zdrowia, po tej komunikacji, że się opłaci. Nie każdy być może dobrze to widzi, ale w końcu przecież zobaczy, jak mu z tym zyskiem oko w oko przyjdzie stanąć.

 

Dziennik Bałtycki, 236 (12171) 5 października 1984

 

Tadeusz Wojewódzki

 

WRAŻLIWOŚĆ

WRAŻLIWOŚĆ

Trudno oprzeć się wrażeniu, iż zło panoszące się wokół nas rośnie w siłę przybierając formy i rozmiary dalece przekraczające nasze wyobrażenie w tym zakresie. Ostatnio nie ma takiego tygodnia, aby codzienna prasa nie donosiła choćby i raz jeden w tak przecież krótkim odstępie czasu, o czymś od czego włosy jeżą się na głowie i dłonie pocą nie gorzej niż u dentysty. Takie nagromadzenie wieści naszpikowanych okropnościami budzić musi wrażenie szalejącej anomalii i traktowane być może jako zapowiedz nadejścia czegoś jeszcze gorszego, co będzie w stanie zagrozić także i nam oraz naszym najbliższym.

Na sytuację tego typu ludzie reagują bardzo różnie. Często agresją. Słychać więc tu i ówdzie, że „ja bym takiego zaraz powiesił” lub też, że ktoś tam zrobiłby coś tom jeszcze bardziej okrutnego. Po prostu ludzie oburzają się do żywego, szczere i gorąco, jak przypiekani rozpalonym żelazem. Ludzie łączą się w tym oburzeniu pomstując wspólnie, wspólnie przeżywając zdarzenia, które nie mieszczą się w ich indywidualnych stereotypach reagowania. I jest w tym wszystkim coś wielce budującego. Jeśli bowiem tak powszechnie, tak spontaniczne i tak gwałtownie reagujemy na wieści o rozbojach, napadach, gwałtach i morderstwach, to nie jest chyba z nami jeszcze aż tak bardzo źle, to chyba przed czasem zdołano okrzyczeć nas społeczeństwem porażonym paraliżem znieczulicy.

Szkopuł jednak w tym, że „prasowe” okrucieństwa i żywa na nie reakcja, nie wypełniają bez reszty całej naszej codzienność. Wszak oprócz tych nadzwyczajność tworzą ją fakty i zdarzenia prozaiczne, niewielu tytko spośród nas znane.

Tułaj małe są sprawy, mali ludzie i wszystko wydaje się tak małe, że miejsca wprost nie ma na żadną większą spontaniczność. Rozmawiałem niedawno z dziewczyną, której nie przyznano nagrody, choć nie pracowała ani gorzej ani lepiej od innych. Problem cały sprowadzał się w ogóle do tego, że nagród, w przeciwieństwie do pensji, nie można dawać wszystkim. Tak więc ci, którzy dzielili dostawali najwięcej, ci, którzy nie dzielili dostali mniej, a ponadto kilka przypadkowo wytypowanych osób nie dostało wcale, żeby wiadomym było, że to właśnie nagrody, a nie wynagrodzenia. Te osoby, które nie dostały twierdzą, że odtąd na samą myśl, że moją pójść do pracy odczuwają coś na podobieństwo torsji. Wiedzą, że zostały skrzywdzone, choć krzywda ta nie da się nawet porównać do tej jaką potrafią zadawać inni, w innych zakładach. Ale jest krzywdą, o której wiedzą i ci, którzy dzielili i ci, którzy dostali choć nie wiedzą za co. Wszyscy zgodnie jednak udają, że nie ma sprawy i pewne nie ma jej faktycznie. Wszak przekonanie, że od samych torsji nikt jaszcze nie umarł staje się jakby coraz bardziej powszechne i powszechne.

Ktoś inny opowiadał mi o czymś innym. Każdego nieomal dnia każdemu z nas ktoś opo­wiada coś innego, choć w sumie tak bardzo do siebie podobnego: kochani koledzy „dołożyli”, jacyś „życzliwi” mieli okazję się odegrać za stare, więc się odegrali, a tymczasem wszyscy inni nabrali wody w usta i tylko po cichu „prywatnie” mówili – na ucho że to świństwo; ktoś nie wytrzymał, gdyż został sam wśród tyłu innych i skończył ze sobą, więc wszyscy się bardzo szczerze zdziwili…

Jacy wiec w końcu jesteśmy: spontaniczni, wrażliwi na krzywdę ludzką, cierpienie, na niesprawiedliwość, podłość i fałsz czy obojętni i niewrażliwi, egoistyczni i samolubni? Sądzę, że i tacy i tacy zarazem. Spontanicznie, żywio­łowo i po ludzku reagujemy zazwyczaj wówczas, kiedy takie reagowanie nam krzywdy nie jest w stanie uczynić, nam szkody wyrządzić, strat przynieść. No wiec wymachuje­my kułakami na tych cholernych bandytów, którzy zabili człowieka, protestujemy, że to nieludzkie, kędy obwieszczają nam, że ktoś tam inny ćwiartował zwłoki i wyrażamy głoś­no swoje oburzenie, kiedy opisują nam szcze­góły okrucieństwa nastolatków pastwiących się nad swoją ofiarą. Równoczesne jednak jakżesz często zatyka nas – i to na dobre, kiedy ktoś, od kogo jesteśmy zależni, maltretuje psychicznie, gdy krzywdzi kogoś innego, gdy zachowuje się po prostu podle, zabijając w człowieku jego godność, świadomość własnej wartości, a więc i sensu życia. Wtedy najczęściej uspokaja nas niewymierność niszczonych w ten sposób wartości, nie dający się przecież zaprze­czyć fakt, iż pasów z takiego nie zdzierają, więc tragedii w zasadzie nie ma… Unikamy spojrzeń i kontaktów z tymi szczutymi, ce­niąc sobie wypracowaną z takim trudem bezkonfliktowość. Zazwyczaj w takich sytuacjach wolimy nawet chamstwo strzyżone na pawiana, narzucane nam przez rachityczne, dyszkantujące, obojnackie nastały, niż ryzyko zakłócenia nawet tego własnego, dobrego samopoczucia.

Trudno więc oprzeć się wrażeniu, iż granica naszej wrażliwości biegnie gdzieś bardzo blisko granicy tego, co nieprzyjemne, niekorzystne, sprawiające przykrość lub przynoszące – co gorsza – stratę bardziej wymierną i nama­calną.

Dlaczego właśnie tak? Odpowiedz jest oczywista: na co dzień wybieramy buty wygodniejsze, ale nie oznacza to przecież, iż jesteśmy piewcami tylko ich wygody.

Dziennik Bałtycki, 265 (12200) 9 listopada 1984

Tadeusz Wojewódzki

 

 

 

ODWIEDZINY

ODWIEDZINY

 

W niedzielne, wczesne popołudnia długie wężyki ludzi ciągną do szpitali. Niektórzy przyjeżdżają z bardzo daleka i objuczeni są niczym wielbłądy. Trudno nawet domyślać się co też dźwigają dla swoich najbliższych. Pewne jest to tylko, że mają ze sobą kompoty domowej roboty. Bez tego kompotu dla chorego, do szpitala ani rusz.

W niedzielne popołudnia szpitale pełne są odwiedzających. Tam, gdzie wejść mogą „ci z miasta” gwarnie jest, czasem nawet i wesoło. Odwiedzający szczerzą się do chorych, chorzy uśmiechają się do odwiedzających. Ci, którzy przyszli tutaj pytać o zdrowie, zobaczyć jak się najbliżsi mają, przynieśli ze sobą, ale także w sobie to, co mają najlepszego. Nawet zięć teściowej i teściowa synowej. Szczególnie wtedy, gdy choroba jest poważna i nie ma zbyt wielkiej pewności, że wszystko ułoży się dobrze. Dla tych w szpitalach wszyscy są dobrzy. – „Nie denerwuj się – mówiła – Wszystko będzie dobrze”. I gdyby nie świadomość, że to szpital, można by powiedzieć zapewne, iż to prawdziwa idylla. Tyle tu ciepła, serdeczności, zrozumienia, współczucia i życzliwości. Zupełnie tak, jak gdybyśmy chcieli od dać ludziom to, co im się należało, a czego do tej pory dać nie potrafiliśmy, nie chcieliśmy, nie mogliśmy.

Oczywiście. Wcale nie jest tak, że ci odwiedzani są w szpitalu przez nas, że to, co w nas złe zdecydowało o ich losie. Ale przecież gdzie tam głęboko u nas oprócz naturalnego współczucia dla cierpiących, chorych, dla słabszych tkwi poczucie winy. W codziennym życiu, w tej bieganinie między domem, pracą i sklepem nie ma przecież czasu zastanawiać się nad tym czy faktycznie wszyscy jesteśmy sobie równi w wytrzymałości na trudy naszego życia czy jesteśmy tak samo odporni psychicznie i fizycznie. Czy to, co ktoś bierze na siebie jest rezultatem jego możliwości czy też bardziej poczucia obowiązkowości, braku egoizmu i zrozumienia dla innych. Bez względu na cenę, jaką za to płaci.

Ale też nie jest wcale i tak, że jeden haruje, gdyż może, a drugi unika obowiązków, gdyż są one dla niego zbyt ciężkie. Znacznie częściej jest chyba tak, że przyzwyczajamy się, także w naszych rodzinach, do tego, iż jeden bierze na siebie więcej i ciągnie za innych, a innym jest z tym bardzo dobrze. Jeśli więc siedzi gdzieś tam głęboko w nas poczucie winy, to nie duśmy go w sobie, nie unicestwiajmy. Wszak najlepsza to oznaka, iż zostało w nas jeszcze coś godnego, skoro drąży myśl o tym, że żyliśmy kosztem innego człowieka, bliskiego nam, jak matka, ojciec, syn, żona czy mąż. Może jest jeszcze czas, by ułożyć nasze życie lepiej, co nie musi oznaczać, że dla nas wygodniej. Może jest to nasza szansa, by pretensje móc słusznie rościć do złego losu, a nie do tego zła, które siedzi w nas. Szansa jest to o tyle realna o ile potrafimy myśli te przechować do momentu kiedy wrócą do naszych domów ci odwiedzani teraz w szpitalach.

W codziennym życiu nie ma miejsca dla bardzo wielu rzeczy o ileż ważniejszych niż li te, które zwykliśmy traktować jako pępek świata. Codzienność ma to do siebie, że zgina nam karki i każe patrzeć na to tylko, co najbliżej czubka nosa. Wówczas za przypalenie mielonego gotowi jesteśmy besztać bez końca, a brak przy koszuli guzika zdaje się oznaczać koniec świata. Ileż więc w tej codzienności wzajemnego skakania sobie do oczu, ileż słów, jak kamienie, zła i wściekłości? Iluż z nas stać na to, by raz na jakiś czas podnieść głowę i dojrzeć w życiu to, co faktycznie liczy się, czego warto strzec i pilnować?

W niedzielne popołudnia długie wężyki ludzi ciągną ze szpitali do domów. Ilu z nich wracać będzie pocieszonych, z nadzieją w sercu na szybkie wyzdrowienie najbliższych, niezastąpionych, najukochańszych? To już w najmniejszym nawet stopniu nie zależy od nich samych. To są sprawy, które zdecydują się bez ich udziału. Ilu jednak z nas wracać będzie z takich odwiedzin z przemyśleniami nad sobą, nad naszym oraz innych życiem, ile z tych przemyśleń potrafimy na trwałe przechować w pamięci, by zmienić cokolwiek choćby tylko na lepsze – to już zależy tylko i wyłącznie od nas samych.

Szczęśliwi ci, którzy będą mieli jeszcze na to czas.

Dziennik Bałtycki, 237 (12761) 10 października 1987

 

Tadeusz Wojewódzki

 

ZAOCZNI

ZAOCZNI

Wcale nie prorocy, ale specjaliści w twoich dziedzinach, dobrze zorientowani w tym, co dzieje się w świeci nowego i dobrego, z troską mówią o naszych starych technologiach i jeszcze starszym parku maszynowym, roztaczając bynajmniej nie mieniące się barwami tęczy perspektywy. Znacznie rzadziej wspomina się natomiast o tym, że zacofanie ma swój wymiar nie tylko techniczny. ale i ludzki, I to w dwojakim przynajmniej znaczeniu.

Najbardziej widoczna jest nieporadność człowieka wychowanego na liczydłach, w świecie, gdzie technika elektroniczna dawno już przestała pełnić rolą błyskotek i stała się chlebem powszednim. Nieporadność widoczna w banku, przy sklepowej kasie i w tysiącach innych jeszcze miejsc. Ale ten wymiar zacofania szybko można nadrobić, wszak dotyczy on w sumie manualnych tylko nawyków i takiej też sprawności. Co innego jednak, gdy w grą wchodzi myślenie, sposób patrzenia na rzeczywistość, jej rozumienie. W przeciwieństwie do pieniędzy, które czasami spadają z nieba, i technologii, które można kupić oraz w miarą szybko opanować, to co jest pod czaszką zdaje się być wyjątkowo oporne na wszelkie zmiany i wszystko, co tutaj się dzieje, dzieje się faktycznie bardzo powoli.

Człowiek pracujący ciężko na skutek zacofania technicznego budzić może różne odczucia, ale są one zazwyczaj dobre, jeśli tak można powiedzieć o współczuciu dla trudu ludzkiej pracy, o zrozumieniu dla wysiłku itd. Człowiek zacofany w tym drugim znaczeniu, a wiać zwyczajnie głupi, noszący wodą w sitku czy przelewający z próżnego w puste, dobrych odczuć nią budzi i budzić nie może. Dlatego też o tej formie zacofania powiedzieć można, iż posiada ona swój wymiar nieomal tragiczny.

Zacofanie niejedno ma wprawdzie imię, ale szczególnie bolesne jest to, które pochłania ludzkie siły tworząc w sumie tylko fikcje. Są zapewne przykłady bardziej przekonujące, bardziej drastyczne i denerwujące zarazem, ale studia zaoczne to łączy z nimi, że sposób naszego o nich myślenia utrwalił się na tyle skutecznie, by fikcję brać za realność.

W zaplanowany dzień zjeżdżają na zjazd z całego województwa, a bywa przecież, że i z innych także, z tobołami, książkami i zeszytami – zaoczni studenci. Pomińmy inne kierunki, by przy samej tylko zostać pedagogice. A więc kobiety – matki, żony – dotychczas na dwóch etatach (w pracy i w domu), teraz zatrudnione zostają na etacie trzecim – zaocznej studentki. Przeciętnej, ambitnej kobiecie wystarcza zazwyczaj sam tylko dom, aby urobić się po łokcie. To przecież nie tylko wieczne pitraszenie, sprzątanie, pranie, wychowywanie dzieci, cerowanie i tysiące innych domowych obowiązków, ale nadto zakupy. Jeden tyłka etat – domowej kuchty – wystarcza więc w zupełności, by czasu starczyło ledwie na kawką i to nawet nie z panem listonoszem, gdyż ten dzisiaj też zabiegany i na kawki nie taki łasy. Na tym wiać tylko jednym etacie brakuje często czasu na list do rodziny, a tym bardziej na lekturą czasopisma, chyba że starej „Burdy" z polskojęzycznym dodatkiem, aby sobie coś jeszcze uszyć, przerobić, żeby było taniej.

Kobiety na dwóch etatach często nie dosypiają, szczególnie gdy dzieci w domu i to, czego przy nich zrobić nie można odłożyć trzeba na późniejsze, nocne godziny. Nawet jeśli małżonek pomaga, to i tak pracy stacza dla obojga. Kiedy wiać dochodzi trzeci etat – studentki zaocznej – coś musi zacząć się dziać kosztem czegoś innego. Domu się nie oszuka, tak jak nie uda się raz czy drugi wepchnąć do kolejki za mięsem albo mężowi włożyć stare skarpetki tam, gdzie, leżeć winny świeże. Praktycznie wiać na studiowanie nie ma w domu czasu.

Jeśli nawet założyć wariant bardzo optymistyczny, że mimo wszystko uda się wykroić trochę wolnego czasu i siąść do książki, to cóż wspólnego ma takie z doskoku siadanie do nauki ze studiowaniem, skoro ma to być właśnie studiowanie. Student zaoczny na uczelni zajęć ma niewiele, cały obowiązek spoczywa na samodzielnej pracy. Zmęczony po pracy zawodowej i udręczony codziennymi obowiązkami domowymi zdaje się być wręcz karykaturalnym materiałem na kandydata złaknionego wiedzy, oddającego się kontemplacji, adepta nauki.

Studia zaoczne w takich warunkach egzystencji, jakie typowe są dla zamężnej, obarczonej rodziną i pracującej u nas kobiety nie mogą dać solidnych, zawodowych podstaw. A jeśli nie o nie, to o cóż tutaj jeszcze może chodzić? Odnieść można takie wrażenie, że chodzi nade wszystko o „mgr” przed nazwiskiem, skoro w szkołach uczyć winni ludzie z dyplomami wyższych uczelni. Uznając słuszność argumentu, że muszą być po studiach, czego dowodem mają być owe „emgieery", trudno nie zadać sobie pytania: po cóż taka wielka do tego wszystkiego fatyga, tyle ludzkiej energii, skoro poza samym tytułem reszta bliższa jest fikcji niż prawdziwemu studiowaniu? Można by się przecież umówić, że po pięciu latach pracy w szkole i przeczytaniu określonej lektury, z której odpytać mógłby choćby pan dyrektor, zainteresowani dostają po tytule i cześć. Efekt ten sam, a ileż mniej zbędnego trudu i kosztów. Jeśliby natomiast chodziło o przygotowanie zawodowe, gruntowne, z prawdziwego zdarzenia, to ludzi tych należałoby zwolnić na kilka lat z pracy zawodowej i uczyć ich normalnym, może nawet bardziej intensywnym niż na tradycyjnych studiach stacjonarnych, trybem. A jeszcze prościej byłoby stworzyć takie warunki finansowe, żeby do tej pracy pchali się najlepsi, a nie wymagający przyuczania.

Póki co kolejne roczniki podjęły zaoczne studia. W trudzie, poświęceniu, nie bez fizycznego wysiłku. Dla dyplomu, i kto wie ile trzeba będzie jeszcze czasu, aby pojąć, że to w sumie fikcja nie przynosząca praktycznie prawie żadnych korzyści, że postęp nie na dyplomach się opiera, lecz na rzetelnej wiedzy.

Dziennik Bałtycki, 241 (13068) 16 października 1987

Tadeusz Wojewódzki

 

 

PAWIE

PAWIE

 

Każdy wiek ma swoje blaski i cienie. Młody martwi się byle czym oraz cieszy z byle czego. Goni nie wiedzieć za czym, nigdy na nie ma czasu i wiecznie wszystkiego mu brakuje. Stary nigdzie się aż tak bardzo nie spieszy, niczemu nie dziwi. Na wszystko ma czas, choć na nic nie ma aż tak wielkiej, jak kiedyś ochoty. Człowiek, a już z całą pewnością mężczyzna (choć, jak twierdzą mężczyźni, określenia: „człowiek” i „mężczyzna” należy stosować zamiennie) w wieku średnim jest jak… paw. Bynajmniej nie ze względu na szczątkowy charakter tak zwanej głowy przydatnej mu jedynie w zdobywaniu żarcia, ale ze względu na „ogon” noszony z wysoka, niczym grzebień koguci, i szeroko, aby każdy mógł dokładnie go obejrzeć, nadziwić się i respektu nabrać dla jego właściciela.

Pierwsze pawie zdarzają się już w wieku młodzieńczym i są nimi m. in. kulturyści. Oni to rozciągają sprężyny na piersiach i na grzbietach, wymachują hantlami, duszą i wyciskają ciężary oraz siódme poty. Z dorosłymi pawiami to ich łączy, że robiąc tak bardzo wiele, wszystko to czynią dla wspaniałości „pawiego ogona”, boć ten jest w ich życiu najważniejszy. Mają więc te kłębowiska całe mięśni podłużnych, wstecznych i poprzecznych, te wypukłości krągłe, te guzy i guzki oliwką z oliwek natarte, świecące w blasku słońca czy odblasku księżyca. Mają te bicepsy napięte w pozie boczkiem do widza i nóżką w tył odrzuconą, te muskularne ramiona tuż nad móżdżkiem splecione, by i od tylu pokazać wszystko, co tylko napiąć się jeszcze zdoła.

Jen kulturystyczny „ogon” jedną wszakże ma wadę. 'Choćby nie wiem jak ów paw w ubraniu się napinał, naprężał i nadymał, to „ogona” przecież i tak widać nie będzie. Młodym pawiom nie pozostaje więc nic innego, jak czekać na cieplejszą porę. Póki to spotkać ich można wszędzie, tylko nie na babskich traktach łączących sklepy i domami, wypełnionymi po same krawężniki starymi i młodymi kobietami objuczonymi siatkami, torbami i koszami z żarciem oczywiście – także i dla niejednego młodego bardzo pawia.

Lecz paw prawdziwy, to mężczyzna w wieku średnim. Hantelkami taki już nie ćwiczy i ciężarów nie wyrywa, gdyż mu na to „korzonki” nie pozwalają. Widać, po nim, że czoło już wyraźnie w kierunku pleców ruszyło, a rozwój osobowości całej na brzuchu się skonkretyzował, no i na tych pawich atrybutach. Nimi też zwykł szyku zadawać.

Ci mniejszego formatu łapią się na przykład picia i palenia. Jedni palą wyłącznie fajkę i koniecznie holenderski tytoń, wabiąc jego zapachem. Inni jeśli już palą papierosy, to tylko „Marlboro” oraz im podobne. Od krajowych takiego napadu kaszlu dostają, że i płuca przy takiej okazji gotowi są wypluć. Z tego to właśnie rodzaju znam takiego jednego, który pije tylko „Żytnią” z lodu i z lodem na dodatek. Po „Bałtyckiej” boli go głowa, a jak pije bez lodu, to kaca ma zanim jeszcze podchmielić zdoła się cokolwiek. Kiedy się więc tylko na balandze u zaprzyjaźnionych (przez laty spod lady sprzedawane) osób znajdzie, to zaraz gospodarz lodu na gwałt szuka, a goście o niczym innym, tylko o wyższości „żyta” nad wszelkimi innymi wódkami, do upadłego rozprawiają. Taki paw mały, zabawny, prawdziwy i nie jedyny przecież wśród tych, którzy zawsze tam czegoś nie jedzą, albo nie piją dla samej tylko – pawiej zasady.

Ale też w rzeczy samej paw taki nie ma czym równać się z pawiami wielkiego formatu do których należą mężczyźni w średnim wieku, szczególnie na wyższych nieco stołeczkach. Bo tak w ogóle to mężczyzna w tym właśnie wieku bardziej niż kiedykolwiek wcześniej tytułu jakiegoś pragnie, który z władzą byłby się kojarzył. Wszak mężczyźni mawiają, że kobiety domem żyć zwykły, oni zaś swoją pracą. Kobiety wysiadują więc na sąsiedzkich, domowych kawkach, a mężczyźni na kawkach służbowych (kierowniczych, dyrektorskich, prezesowskich) parzonych przez panie Marylki i Mariolki, w służbowych filiżankach i podawanych na służbowych całkowicie tacach. Czasami pawie robią nawet służbowe zloty, połączone z popisami na gdakanie, gulgotanie i pokazami własnych chodów oraz pleców.

Na co dzień jednak paw taki czym innym szyku zadaje – ładną sekretarką, dużym, jak stodoła gabinetem, puszystym, jak kanapa, dywanem, wielką, jak sosna, palmą i wyłożonym drewnem gabinetem. Prawdziwy paw nigdy nie ma czasu i tym brakiem szyku zadaje. Kiedy się więc już gdzieś zjawi, to wszyscy nie posiadają się ze szczęścia i radości.

Najbardziej jednak tragiczna jest postać pawia z podciętym „ogonem”, żyjącego wspomnieniami świetności minionych dni, kiedy to swymi pawiowymi atrybutami wzbudzał podziw, szacunek, uznanie, a czasami nawet strach także u niejednego przecież pawia. Teraz rozżalony i pognębiony, tyranizowany przez własną rodzinę na czele z żoną, gnębiony przez szefa i obgadywany przez sąsiadów łazi paw taki ponury, niczym jesienny dzień, kwaśny, jak „kupna” kapusta i wypełniony goryczą, jak jego własny, żółciowy woreczek.

Pawie nie tylko, że są wśród nas, ale dzięki nam rosną w piórka oraz siłę. Raz stanowimy dla nich wdzięczne audytorium, innym razem pełne podziwu i dzikiego zachwytu grono znajomych to znowu milcząco aprobujący kolektyw i choć do prawdziwego raju jeszcze nam daleko, to mamy chociaż pawi raj.

Dziennik Bałtycki, 242 (12177) 12 października 1984

 

Tadeusz Wojewódzki

TECHNIKA

TECHNIKA

 

O tym, że technika zmienia nasz świat nie trzeba nikogo specjalnie przekonywać. Nawet ojca, który zawsze marudzi ilekroć trzeba zanieść pościel do gorącego magla; a ta niby wielka robota polega na tym tylko, żeby zanieść, a potem przynieść to, co wymaglowane. Narzeka, choć pamięta przecież jak to było za czasów jego młodości. Wcale nie tak dawno, gdyż może dwadzieścia, a może trochę więcej lat temu, chodziło się przecież do magla usadowionego w piwnicznej izbie. Było tam wielkie koło, którym każdy sam kręcił, a wielka skrzynia przetaczała się po wałkach z nawiniętą na nich pościelą i maglowała na zimno. Trzeszczało to to, a poza tym człowiek nigdy nie miał pewności czy aby skrzynia ta zatrzyma się na pewno w odpowiednim miejscu, czy nie wjedzie całą swą potężną masą w ścianę kamienicy. Toby dopiero było! Ale od tych z maglem związanych większe przeżycia miał zapewne dziadek, który siedział na czubku najwyższego w okolicy drzewa i zachodził w głowę jak też jest to możliwe, aby ten antychryst ciągnął wagony po torach bez jednego nawet konia.

Technika zmienia świat, wyznacza charakter czasów, stawia w naszych dziejach słupy milowe. Ba, nawet ten sam XX wiek – biorąc pod uwagę technikę – jest dla jednych światem końca tego wieku, a dla innych jakby tylko tego wieku początkiem. Jeden dzięki technice żyje w świecie prostym, łatwym i dobrym., gdzie wszystko służy człowiekowi i jego potrzebom jest podporządkowane. A drugi o takim świecie tylko słyszał i może do niego co najwyżej powzdychać.

W kontakcie tzw. przeciętnego człowieka z techniką stałe jest natomiast na przestrzeni wieków chyba jedno: podziw dla niej. Wciąż ten sam, tak samo wielki i tak samo… śmieszny, boć złudzeniem jest tylko nasze przekonanie o tym, że dzisiejszy podziw dla techniki skomputeryzowanej mniej śmieszny będzie w oczach naszych następców, niźli podziw naszych dziadów dla lokomotywy – w naszych oczach dzisiaj.

Są jednakże takie dziedziny techniki, które wzbudzały i wzbudzać będą nie tylko podziw, ale szacunek i uznanie oraz prowokować będą do głębszych przemyśleń. Dzieje się tak przecież zawsze ilekroć człowiek potrafi wykorzystać technikę dla ratowania życia i zdrowia innych ludzi. Taki był i jest sens jej rozwoju. To właśnie tutaj, w takich dziedzinach techniki, dzięki którym możliwy jest rychły powrót do zdrowia, unicestwienie bólu, zniwelowanie kalectwa, znajdziemy – wbrew rozczarowaniom codziennego życia, dowody na to, że człowiek faktycznie jest człowiekiem dla innego człowieka, najwyższą wartością, ba, sensem istnienia.

Z pewnością wielkim uproszczeniem, wręcz wulgaryzmem jest pomniejszanie roli i znaczenia w naszym życiu słów. Czymże jednak są owe słowa, choćby najpełniejsze otuchy, ciepła i serdeczności wobec konkretu urządzenia technicznego, które stwarza człowiekowi realne szanse, a nie tylko nadzieje na lepsze jutro. Technika ma właśnie tę wielką przewagę nad innymi dziedzinami życia, że przemawia konkretem, a cóż bardziej niż konkret trafiać może do przekonania?

Świadomość ułomności techniki, jej barier i progów, które czynią ją zawodną, a nawet niebezpieczną dla człowieka jest ryzykiem, jakie skłonni jesteśmy ponosić i jest, to ryzyko chłodno skalkulowane. W sumie przeważa dobro człowieka i w jego imieniu ponosi ktoś owo ryzyko. Jakie jednak względy decydować mogą o tym, że świadomie stosuje się technologie narażające użytkowników, wytworzonych w oparciu o nie dóbr, na choroby, cierpienia, a w skrajnych przypadkach na śmierć? Gdyby w grę wchodziło poświecenie jednych dla ratowania innych moglibyśmy mówić tylko o dylemacie moralnym. Cóż jednak powiedzieć, gdy w grą wchodzi zwyczajne wygodnictwo, brak wyobraźni, lekceważenie zdrowia i życia ludzkiego lub przedkładanie tańszych technologii nad te wartości? Co powiedzieć o logice, w której zdrowie uzyskuje się poprzez zmianę definicji zdrowia, a zagrożenie dla niego likwiduje poprzez złagodzenie rygorów dopuszczalnych norm skażenia substancjami trującymi? To jest po, prostu zanik podstawowych wartości moralnych!

O technice wiedzieliśmy już dawno, że może być dobrodziejstwem, ale nadto i to, że w rękach ludzi amoralnych może być straszliwym narzędziem czynienia szkody. Fizyka jądrowa i techniczne rezultaty jej rozwoju są tego najlepszym, szkolnym wręcz przykładem. Technika w swej istocie nie jest ani dobra, ani zła. Właściwego sensu nabiera dopiero w rękach ludzi i to, jaka będzie zależy właśnie od ich moralności,:

Coraz śmielej i coraz częściej podnoszące się głosy o trujących nas technologiach wytwarzania mebli, mieszkań, farb, lakierów itd. podejmują ten temat z różnych punktów widzenia. Podkreślają ich aspekt ekonomiczny, społeczny, zdrowotny.

Odnoszę wciąż nieodparte wrażenie, iż pomija się w nich punkt spojrzenia zupełnie podstawowy – moralny właśnie. A od niego trzeba by zacząć, skoro autorami tych technologii oraz tymi, którzy wykorzystują je dla zysku są nie komputery, nie maszyny parowe lecz… ludzie. Jeśli jest tak, że tylko oni spośród nas stracili poczucie wagi wartości tak podstawowych, jak zdrowie człowieka, to trzeba tych ludzi pozbawić możliwości wpływu na cokolwiek. Myśl o tym, że może to być zjawisko znacznie szersze zdaje się być koszmarnym snem. Żeby się nam on faktycznie nie przytrafił czas już najwyższy zacząć o tych sprawach mówić głośno. Nie po to, by się wzajemnie straszyć, przerażać i wpadać w panikę, ale właśnie po to, by nie zapomnieć co faktycznie jest dla nas ważne, a co się tylko takim wydaje. A cóż w tym wszystkim jest najważniejsze jeśli nie człowiek?

Dziennik Bałtycki, 243 (12767) 17 października 1986

 

Tadeusz Wojewódzki