WYKSZTAŁCENI

WYKSZTAŁCENI

 

Mawiają o nich różnie że wykształcony, a cham, że magister z odrzutu lub zwyczajny wróbel z dyplomem zaocznego konserwatorium dla kanarków. A mawiają tak, bo wykształcony. Kiedyś zobowiązywało szlachectwo, a dzisiaj coś z tego zostało w naszym przekonaniu o wykształceniu. Dlatego magister budownictwa lądowego okładający własną żonę kułakami raz tylko jeden w miesiącu – bardziej jest potępiony niż murarz, który czyni to częściej i ze znacznie większą wprawą. Ale wymiar tych zobowiązań szerszą ma skalę. Jedne z nich częściej i chętniej są uświadamiane, o innych mówimy rzadko.

Na co dzień od człowieka wykształconego oczekuje się wyższej kultury. Oczywiste to, choć biorąc rzecz całą na chłopski rozum, pozbawione wszelkich podstaw. Nikt przecież nikogo na żadnej z uczelni nie uczy tego czy pluć należy przez lewe, czy przez prawe ramię i czy to on, czy też ona pierwsza wyciągać winna rękę do powitania. To nie na uczelniach uczą gdzie chodzić w czarnym garniturze i krawacie na gumce, a gdzie w dżinsach i grubym, wełnianym golfie. A jak można od kogoś wymagać tego, czego nie uczono go na uczelni, nie wykładano, w czym nie ćwiczono. A o takich przecież mowa, gdy w grę wchodzą ci wykształceni.

Nasz stosunek do ludzi wykształconych wyróżnia się konsekwentnym brakiem… konsekwencji właśnie w myśleniu o nich, a tym bardziej postępowaniu wzglądem nich. Z jednej strony słusznie bowiem uważamy, iż to na nich spoczywają poważne wzglądem całej reszty ludzi zobowiązania; od sfery obyczajowej poczynając, a na zawodowej – kończąc, ale z drugiej nie dostrzegamy niczego aż tak nadzwyczajnego w fakcie, że np. zarabiają mniej niż pozostali, szczególnie wówczas, gdy rzeczywiście pracują głowami, a efektów tej pracy nie da się pokazać w telewizji, czy zrobić zdjęcia i umieścić w gazecie.

Są przy tym takie dziedziny życia, gdzie wykształcenie wydaje się nam oczywiste i potrzebne, jak w medycynie czy farmacji chociażby, ale to bardziej w trosce o własną skórę i wizję tego, że gdyby miało być inaczej hydraulicy wyrywaliby nam zęby, a szewcy robili chirurgiczne operacje. Pani magister w przedszkolu wydaje się już jednak zbytkiem lub nieporozumieniem, choć niezbyt nawet tęga głowa wpaść na to może, że człowiek im młodszy tym więcej i skuteczniej pojąć, nauczyć się potrafi, byle tylko w dobre dostał się za miodu ręce.

Ów brak konsekwencji w traktowaniu przez nas ludzi z wykształceniem odmian ma bardzo wiele, ale większość z nich ma w sobie coś humorystycznego i tragicznego w swych konsekwencjach zarazem. Tak więc dyrektorem fabryki nie może być inny człowiek, jak tylko ten z wyższym wykształceniem właśnie, choć wystarczyłby tutaj zwyczajnie znający się na rzeczy, taki z prawdziwego zdarzenia fachowiec. W szkole natomiast, w starszych nawet klasach, uczą świeżo upieczeni absolwenci szkól średnich (nie prymusi bynajmniej) i nikt z tego powodu specjalnych fanaberii nie czyni twierdząc, że tak jest skoro inaczej być nie może. Niby więc owo wykształcenie oficjalnym patentem jest na mądrość, naszą rodzimą na nią licencją, ale dokument potwierdzający jej posiadanie wymagany jest wszędzie tylko nie tam, gdzie źródło powszechnej mądrości, a więc w szkole.

Ostatnio natomiast ścierają się ze tobą dwie, wykluczające się wzajemnie tendencje wywołane odejściami wykształconych do prac wymagających liczenia do tysiąca na palcach lub bez ograniczeń, ale za to na kalkulatorze. Rzecz w tym, że niejeden magister, a bywało, że doktor także rzucił to, za co marne dostał grosze i zajął się sprzedażą zielonej pietruszki oraz innymi, równie intratnymi przedsięwzięciami. Kiedyś oficjalny przedstawiciel wysokiego szczebla wyjaśniał, że zjawisko to normalne jest w czasach doceniania praw ekonomii i o to właśnie chodzi, żeby ludzie tam szli, gdzie się bardziej opłaca. Niektórzy zbyt dosłownie chyba to zrozumieli i stąd zrodzić się musiała tendencja – potępiająca odchodzenie wykształconych z zawodu, szczególnie pań z tytułami magistra pomywających gary lub piorących brudy na Zachodzie, zamiast wypełniać swe powinności zawodowe tutaj, na miejscu, za kilkanaście tysięcy złotych.

Trudno doprawdy orzec, co bardziej żenujące jest – czy tłumaczenie wykształconym gdzie i jaka ich powinność oraz względem kogo psi wręcz obowiązek mają, czy tłumaczenie innym, że wykształcony nie może przez cale życie zarabiać na przysłowiową jedną parę butów i taką żyć właśnie perspektywą, podczas gdy tych innych stać na półtorej pary czy nawet całe dwie. Można oczywiści nie robić ani jednego, ani drugiego i też egzystować sprzedając zieloną pietruszkę. Tylko kto wówczas będzie uczył w naszych szkołach za kolejnych lat, być może wcale nie tak wiele i kto w ogóle pamiętać jeszcze będzie co to znaczy „człowiek wykształcony"?

Dziennik Bałtycki, 229 (13056) 2 października 1987

 

Tadeusz Wojewódzki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.