MERCEDESY

MERCEDESY

Myśleli, że nie doczekają, że dopiero w następnym pokoleniu, jak z mieszkaniem, na które wpłaci ojciec, a dostał syn dopiero. Zbierali złom i szmaty, zapożyczyli się w kasie zakładowej, u znajomych i gdzie tylko mogli. A jednak! Wreszcie doczekali! Oto wyznaczony im został dzień odbioru „malucha” z Polmozbytu.

W noc poprzedzającą to wielkie wydarzenie przyszli posiadacze czterech kółek kręcą się i przewracają z boku na bok, jakby skonsumowali przedtem podwójną porcję fasolki po bretońska sporządzonej w bardzo podrzędnym barze. Jedni budzą się z lewarkami w rękach oraz wyrwaną całą skrzynią biegów , inni z kierownicą w dłoniach, też wyrwaną, więc cali są zlani zimnym potem. A jeszcze inni widzą we śnie wywieszki informujące o ty, że samochodów zabrakło i będą nie wiadomo kiedy.

Najbardziej zapobiegliwi byli już kilka razy na miejscu by dowiedzieć się co i jak. Przeżyli i wiedzą swoje. Poznali niesprawiedliwość losu oddającego w ręce patałachów „maluchy” z nową maskownicą, te akurat, których dla nich na pewno zabraknie. Słyszeli skowyt tych maleństw piłowanych prze toporne kopyta. Widzieli kolory, których już nie będzie, alternatory, których także chwilowo zabraknie.

Kiedy wreszcie przychodzi ich czas nie wiedzą nawet jak się nazywają i gdzie mieszkają. Zapominają, że dzień przedtem czytali „Dziennik Bałtycki” i nie potrafią teraz przeczytać żadnego dokumentu, nie widzą żadnej wywieszki, informacji, ba nawet „maluchy” stojące za szklaną ścianą niczym kolorowe rybki w akwarium, zlewają się im w jedną, szarą plamę. Można by takiemu sprzedać stary, trochę wyczyszczony wóz i byłby tak szczęśliwy, jakby Pana Boga za nogi ujął. Ale przyszli właściciele samochodów nigdy nie przychodzą sami, nawet ci, którym zdarza się być wezwanym do Polmozbytu raz tylko jeden w życiu – pierwszy i ostatni.

Jest to zresztą miejsce jedyne w swoim rodzaju. Niby sklep, gdzie towar widać za przeszklonymi ścianami, wystarczy przejść stąd korytarzem kawałek dalej. Niby sklep, gdyż za darmo tutaj niczego nie dają. Ale zarazem nie sklep, gdyż w sklepie wystarczy mieć pieniądze, żeby kupić. Tutaj takiego, tylko z pieniążkami, zwyczajnie by wyśmiano. Jest więc to coś znacznie więcej niż sklep. To takie połączenie sklepu z totkiem. Prócz pieniędzy trzeba bowiem mieć asygnatę, albo przedpłatę. Jedno i drugie zrządzeniem jest dzisiaj losu, jak w totku właśnie. Samo miejsce nie nazywa się więc sklepem czy punktem sprzedaży, lecz obrotu samochodami, gdyż Polmozbyt faktycznie tylko samochodami obraca, a to, kto towar dostanie nie zależy już od niego.

Przyszli właściciele „obracanego” towaru oddają kwity i różne odcinki tudzież dowody wpłat i siedzą w wygodnych fotelach, jak na przyszłych właścicieli samochodów przystało. Niby niczego nie widzą, nie słyszą. Wystarczy jednak, żeby pojawił się pan z plikiem papierów w dłoni i ruszył w kierunku oszklonej ściany, a na fotelach zostaną tylko papierki po cukierkach i opakowania po środkach nasercowych. Cała sala goni za nim niczym kurczaki za panią kurą, co pewnym, jest sygnałem, że oto wyczytywana będzie lista dziesięciu sprawiedliwych, dopuszczonych do macania obracanego towaru. Cisza jest pod drzwiami w czasie czytania taka, że gdyby muchy tutaj latały, to zdawać by się mogły odrzutowcami. Wyczytany choć nie ma dołków startowych wyrywa bez falstartu i zanim się ktoś spostrzeże już wali drzwiczkami „malucha” tak, że się biedactwo całe trzęsie, niczym osika w naturze lub galaretka na talerzu.

Dopuszczeni do wyboru najlepiej spośród całej populacji ludzkiej rozumieją osiołka, któremu w żłoby dano. Panie łapią się kolorów i choćby drzwi trzeba było potem łomem dopychać – białemu nie popuszczą.

Na zewnątrz wybranymi samochodami wyjeżdżają na szczęście pracownicy Polmozbytu. W przeciwnym razie brama okazałaby się za wąska, choć wrotom w stodole nie ustępująca, a gdyby tak trafił się jakiś „maluch” bez opon, to same felgi też starczyłyby nowym posiadaczom czterech kółek, żeby swoim z gracją wyjechać. Ci czekający na zewnątrz, aż im numery rejestracyjne przykręcą i symbolicznie pięć litrów do baka wleją wreszcie trochę dochodzą do siebie i choć jeszcze nie w pełni przekonani, że to co widzą faktycznie ich jest własnością, porównują jednak z innymi, utwierdzając się w przekonaniu, że inni oczu nie mieli i nie wiedzieli co biorą.

Jeśli jeszcze komuś coś w kieszeni zostanie lub ma gdzie pożyczyć robi szybko oblewanie. Wiadomo – nie oblany długo, nie pojeździ. A kiedy kac minie nowi właściciele idą już spokojnie na własne obejrzeć oczy co kupili, pucować i upajać się widokiem.

l oby jak najdłużej. Wszak dla większości z nas zakup „malucha” porównywalny jest z kupowaniem nowego „Mercedesa” przez innych i gdzie indziej. A jeśli już ktoś decyduje się na tak drogi samochód, to musi wymagać nie tylko od niego, ale także, a może nade wszystko od siebie, by służył długo i szczęśliwie jemu oraz potomnym.

Dziennik Bałtycki, 223 (13050) 25 września 1987

Tadeusz Wojewódzki

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.